Wszechświat jest bułką

Wszechświat jest bułką

 

Tak, to prawda – wszechświat jest bułką. Nie taką z sezamem, w która ktoś wkłada hamburgera, który podobno się nie psuje. Bardziej taką, jaką pamiętam z prostego dzieciństwa – słodkawą, dającą poczucie luksusu i w jakiś sposób przypominającą święta. Właśnie – święta. Swojego odkrycia dokonałem z powodu świąt. Nie dlatego, że miałem więcej czasu i zająłem się jakąś literaturą albo w końcu kupiłem sobie teleskop. Czasu więcej nie miałem, bo świąteczna doba w dalszym ciągu składa się z 24 odpierdolonych na szybko godzin a teleskopu wcale nie kupiłem. Odkrycia dokonałem, robiąc świąteczne porządki.

Wiecie jak jest – mężczyzna w moim wieku nie potrafi sprzątać. To znaczy potrafi wykonać polecenie kobiety, która mówi „wyrzuć to”, ale sam z siebie sprzątać nie potrafi. Bo w tym naszym męskim locie z góry wszystko wygląda na tak samo ważne lub nieważne. Docenić potrafimy tylko kompozycję. Właśnie taką, jaką widzimy z góry. A kiedy trzeba sprzątnąć zaczynamy analizować, wykładamy z szafy na podłogę kolekcję tych wszystkich starych rzeczy, które przez życie zbieraliśmy i stajemy nad nimi bezradni. Patrzymy na plamy na okładce jakiegoś czasopisma motoryzacyjnego sprzed 20 lat i przez godzinę przypominamy sobie, skąd się na niej wzięły. A później dziwimy się, że nie mamy czasu.

W taki sposób znalazłem się przed starym kredensem, który od dawna stał na strychu. Nie wyrzuciłem go tylko dlatego, że trzymałem w nim swoje skarby. Kredens w zasadzie nie jest przeznaczony do trzymania skarbów, ale… Cóż, ten właśnie do tego służył przez ostatnie kilkadziesiąt lat. I dlatego jakiś czas temu łatwiej było zatrudnić jakichś dziwnych ludzi, którzy wnieśli mój kredens na strych niż się go pozbyć. Przy okazji pozbawili mnie paru złotych, czystości podłogi i stojącej na stole karafki z winem. O tym wszystkim myślałem, patrząc na kredens.

W końcu przełamałem się i otworzyłem szufladę. W środku leżała stara i swoją starością śmierdząca bułka w połowie przerośnięta czarną pleśnią. Skąd się tu wzięła? Być może zostawił ją tam robotnik, wnoszący kredens? Być może nie lubił sera i pozbył się jej jak uczniak? A może odłożył ją tutaj na chwilę i zapomniał? Mój kolega z podstawówki codziennie przynosił do szkoły bułkę z jajecznicą. Gdyby nie to, nie wiedziałbym, że coś takiego może w ogóle istnieć w przyrodzie. Kolega zjadał codziennie te bułki bez cienia protestu. Aż kiedyś dostrzegłem go, jak wracając ze szkoły swoją bułkę wcierał w jakiś przydrożny płot. Straciłem kolejne pół godziny, pielęgnując te wspomnienia. A kiedy spojrzałem ponownie na bułkę, wiedziałem, że coś zrozumiałem. Nie, nie chodzi wcale o skomplikowaną strukturę pieczywa ani życie, które zasiedliło zmielone, martwe zboże. Nie chodzi też o inne skojarzenie, w którym rozpychająca bułkę pleśń jest jak ciemna materia.

Wszystko widzimy przez pryzmat własnych doświadczeń. Jeżeli więc znaczna część moich kochanych rodaków patrzy na twórczość Leszka Możdżera przez pryzmat disco polo, jeżeli pewnie jeszcze większa ich część patrzy na film Wojciecha Jerzego Hasa przez pryzmat serialu dla zbieraczy chrustu a na książkę… Nie na książkę nie patrzy w ogóle. Dlaczego skoro tak jest, ja nie mógłbym patrzeć na wszechświat w sposób kulinarny, przez pryzmat bułki?

Powiązane: