Masakra sakralna

 

Zdaje się, że w Polsce mamy coraz więcej studentów. Ulegając temu trendowi postanowiłem również zająć się studiowaniem. W tym celu sięgnąłem po najpopularniejszą w lekturę – program telewizyjny. Z bezmyślnego ślizgania się wzrokiem po kiepskiej jakości papierze, wyrwał mnie rzucający się w oczy tytuł “Masakra sakralna”. Ucieszyłem się, że w końcu w mediach publicznych religijnego państwa do głosu doszła mniejszość. Ucieszyłem się i sięgnąłem po pilota. Wzrokowcem będąc, najpierw zobaczyłem wnętrze jakiegoś kościoła a dopiero później usłyszałem muzykę Petroniusa. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia, czy to był Petronius. Po prostu tak nazywał każdą muzykę brzmiącą w kościelno-średniowieczny sposób, która podoba mi się przez pierwsze 5 minut a później zaczyna mnie nudzić. Spojrzałem jeszcze raz w program i tym razem w skupieniu przeczytałem “Muzyka sakralna”.

Myślimy życzeniowo. I gubi nas to. Bo czasem myślimy, że jest zajebiście, nie zwracając uwagi na krążące pod naszymi stopami i stopniowo wiążące nasze tylne kończyny problemy. Myślimy więc, że ktoś jest najfajniejszy i dobry. A kiedy problemy już zupełnie unieruchamiają nasze kończyny i kiedy nie wiedząc o tym, padamy na ryj, chcąc wykonać jakiś krok, uznajemy, że daliśmy się oszukać. Takie myślenie dominuje, kiedy mamy dobry humor. Kiedy mamy zły – poddajemy się strachowi i przeczuciom. Myślimy wtedy o tym, że za chwilę ktoś albo coś nas kopnie i staramy się przed tym obronić. Żeby się uratować, stosujemy atak prewencyjny, który też sprowadza nas do parteru.

Nie wiem, któremu myśleniu zawdzięczam wizytę “Masakry sakralnej” w mojej głowie. Może to wrodzony lęk przed klękaniem i klepaniem modlitw. Może coraz bardziej mglista pamięć o tym, jak czułem się w kościele. A może oczekiwanie, że coś się zmieni, że staniemy się państwem świeckim. To i tak mało istotne przy życzeniowym myśleniu, związanym z innymi ludźmi.