Gryzelda

 

Gryzelda miała pospolitą twarz i pospolite imię. Miała, bo tak o sobie właśnie myślała. A myślała, bo jej wszystkie trzy siostry nosiły to samo imię i wyglądały tak jakby były jej kopią albo jakby ona była kopią którejś z nich. Nie lubiła swoich sióstr, więc myślała, że są brzydkie. Sama czuła się więc pospolita i brzydka. Być może przyzwyczaiłaby się do tego, gdyby nie fakt, że jej brat też miał na imię Gryzelda i wyglądał tak samo jak wszystkie inne Gryzeldy w rodzinie. Podobieństwo do sióstr rekompensowała sobie pożyczając od nich ciuchy, ale podobieństwo do brata uważała za najbardziej przegięty wybryk natury w dziejach ludzkości. Gryzelda przed każdą modlitwą czyli średnio 8 razy w dzień powszedni powtarzała więc „ja to mam przejebane”. Pierwszy raz robiła to przed porannym otwarciem oczu, drugi – patrząc na śniadaniowe płatki z dyskontu, trzeci, kiedy spotykała jakiegoś przystojnego mężczyznę i modliła się, żeby się do niej odezwał a kiedy na nią spoglądał, żeby nic nie mówił. Przystojnym mężczyzną był zawsze Gerard, który przechadzał się ze swoim pinczerem. Ostatnia modlitwa i ostatnie „ja to mam przejebane” występowało tuż przed Gryzeldy zaśnięciem. Dokładnie to samo robiły jej siostry. Brat będąc istotą prostszą o przejebaniu mamrotał do siebie tylko widząc Gerarda.

Tymczasem Gerard patrzył z lekkim rozbawieniem na rodzeństwo i zazdrościł mu. Sam miał przecież na całym świecie tylko tego śmiesznego, jazgotliwego pieska. Najwięcej o samotności Gerarda wiedział zresztą właśnie jego towarzysz. Polubił smak spermy, ale niekoniecznie lubił inne zabawy swego pana. Życie wszystkich zainteresowanych a tutaj opisanych toczyłoby się tak pewnie aż do swego nieubłaganego końca gdyby na ulicy, przy której mieszkały wszystkie Gryzeldy oraz Gerard z psem nie pojawili się Hekatonchejrowie. Wprowadzając właściwy dla siebie chaos, machając setką łap i pięćdziesiątką głów, wprowadzili ogromne zamieszanie. Tworząc chaos zyskiwali przewagę nad każdym przeciwnikiem, ale sami gubili się. Tutaj trafili, żeby wymierzyć sprawiedliwość Gerardowi i uratować jego psa.

Olali go jednak, kiedy dostrzegli przemykającą uliczką Gryzeldę. Tę Gryzeldę. Nigdy nie widzieli kobiety równie pięknej. Nigdy jeszcze z pięćdziesięciu paszczy każdego z nich nie pociekła jednocześnie ślina na widok surowej kobiety. Pobiegli więc za nią. Drogę zastąpił im jednak hufiec anielski dowodzony przez Barachiela, który krzyknął „no pasaran, kurwa wasza mać”. Tak rozpoczęła się wielka bitwa, która trwała nieprzerwanie siedem dni i siedem nocy. Przyglądali się jej wszyscy bogowie, święci i mistycy, kręcący biodrami, z których zwisały ciężkie różańce z rozgrzanymi do czerwoności żelaznymi paciorkami. Przyglądały się jej również wszystkie Gryzeldy. Obserwacja ścierających się sił tych samych odcieni szarości sprzyjała myśleniu o Gerardzie.

Ósmego dnia o świcie Hekatonchejrowie i aniołowie zdali sobie sprawę z tego, że siły są tak wyrównane, że walka może nie zakończyć się nigdy. Nikt nie miał jednak odwagi powiedzieć tego głośno. Wówczas z pomocą przyszedł Wisznu, który zaproponował Barachielowi i dowodzącemu Sturękimi Ajgajonowi spotkanie w cztery oczy, ciesząc się w duchu czyli w całym sobie, że anioły nie walczą z Cyklopami, bo wówczas musiałby zaproponować spotkanie w trzy oczy a to byłoby raczej faux pas. Propozycja została przyjęta, ale ani Barachiel, ani Ajgajon nie wiedzieli, czego spotkanie miało dotyczyć. Porozmawiali chwilę o pogodzie i wynikach ostatniej kolejki ekstraklasy hiszpańskiej w warcabach i chcieli wrócić na swoje pozycje, ale wówczas pojawił się między nimi Wisznu i zapytał:

- O Co się, kurwa, bijecie, do chuja? – ale okazało się, że nikt nie umie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. – O Gryzeldy popierdoleńcy? – kontynuował wszechobejmujący bóg a wodzowie zmieszali się i wbili wzrok w ziemię jak uczniowie przyłapani na podglądaniu młodszych od siebie dziewczynek, sikających w krzakach podczas postoju autobusu. – Może zamiast się napierdalać bez sensu, pozwolicie wybrać im samym?
- Ale one są kobietami – zaprotestował gwałtownie Barachiel.
- No i co z tego? – zapytał Wisznu marszcząc groźnie brew.
- No bo kobiety nie powinny niczego wybierać same, bo mają zjebane ośrodki decyzyjne – po stronie Barachiela stanął Ajgajon a Wisznu uśmiechnął się widząc to.
- I warto dla nich zabijać się?
- Przecież i tak nie umrzemy – uśmiechnął się Barachiel.
- Nie trzeba zabić, żeby zabijać – mruknął Wisznu. – To może podzielicie się? Są cztery.
- My potrzebujemy więcej, bo mamy więcej rąk! – zawołał Ajgajon.
- No i co z tego? – warknął Barachiel.
- Gówno – krzyknął Ajgajon i zaczął dusić anioła. Wisznu zrozumiał, że nie dogada się i postanowił porozmawiać z Gryzeldami. Wiedział jednak, że jeśli się z nimi spotka, może ulec ich urodzie i zamiast rozwiązać problem tylko wmiesza się w konflikt. Wysłał więc do nich najdzielniejszego i najmądrzejszego z ludzi wówczas na świecie żyjących – Tytusa Pullo. Tytus znany był z tego, że nie zastanawiał się nigdy i kiedy miał coś zrobić, po prostu robił to. Tak samo zachował się teraz. Wskoczył na swojego wierzchowca i pognał do Gryzeldy i jej sióstr. Kiedy Gryzelda zobaczyła go przestała myśleć o Gerardzie i wyznała miłość Tytusowi. Ten oczywiście bez zastanowienia posadził ją na swoim rumaku i pognał do Toledo.

Zajęci walką giganci i aniołowie nie zauważyli tego nawet i walczyli dalej. W końcu zrozumieli, że mogą się jednak się pozabijać. Ale wówczas było już zbyt późno na wyciągnięcie wniosków z tego odkrycia. Tymczasem pozostałe Gryzeldy dalej smętnie wodziły wzrokiem za Gerardem i jego psem, który coraz bardziej powłóczył tylnymi łapami.