Adelinda

 

W czasach, w których każdy walczył z każdym o wprowadzenie pokoju bożego i każdy każdego nazywał bezbożnym barbarzyńcą, gnuśnym heretykiem obmierzłym Żydem albo wręcz liberalnym masonem; w czasach, w których uzbrojeni ludzie zabierali sobie nawzajem kolejno złoto, diamenty, cnotę, srebro, trzodę, drób, buty bez obcasów (bo jeszcze ich nie znano), jeszcze raz cnotę (bo za pierwszym razem z powodu stresu i zmęczenia się nie udało), kości przodków do grilla i co się jeszcze tylko nawinęło; w tych właśnie czasach przycupnięta w jakiejś kotlinie tak zagrzebanej wśród gór, że do dzisiaj nieodnalezionej, drzemała sobie wioska tak mała, że przejście z jej jednego końca na drugi wymagało mniej czasu niż przeczytanie tego zdania. Nazywała się Montaillou i mieszkało w niej jakieś osiem rodzin, które co roku podczas wielkiej popijawy, organizowanej na cześć Króla Wiecznego Śniegu połączonej z promocyjną wyprzedażą kaftanów (tych słynnych szytych ręcznie z całych świstaków), wybierało spośród siebie księcia. Biorąc pod uwagę wielkość księstwa bardziej adekwatna byłaby nazwa „sołtys”, ale mieszkańcy swojego wybrańca nazywali księciem i nikt im zabronić tego nie mógł. Był więc wówczas książę Montaillou jedynym demokratycznie chociaż nietrzeźwo wybieranym księciem na świecie. Historia uczy, że w innych miejscach demokratycznie wybierano nawet króla, często w sposób równie nietrzeźwy, ale tak wielkimi odstępstwami od normy zajmować się nie mogą nawet najbardziej pokręceni bajkopisarze.

Najsłynniejszym, bo najczęściej wybieranym księciem w dziejach wioski był Arnulf. Nie wybierano go dlatego, że jakimiś swoimi czynami zaskarbił sobie wdzięczność poddanych. Bo wioskę omijały wszelkie nieszczęścia w rodzaju smoków, Hunów czy polityków. Arnulfa wybierano dlatego, że długotrwałemu treningowi zawdzięczał mocną głowę i podczas popijawy poprzedzającej wybory najdłużej trzymał się w siodle. Urna bowiem, do której wrzucano głosy była na takiej wysokości, do jakiej sięgnąć mógł tylko wysoki mężczyzna siedzący w siodle. Arnulf posiadał a nawet posiadł dwukrotnie żonę, która w zamian za to urodziła mu dwie córki – Adelindę i Rozalindę. Trudno powiedzieć, czym kierował się, wybierając oznaczające łagodność imię dla pierwszej, bo już przy połogu okazywała swoją wściekłość szarpiąc za pępowinę i próbując ją przegryźć bezzębnymi dziąsłami. Imię drugiej miało natomiast być wyrazem wdzięczności dla konia, który pomagał wygrywać wybory swemu panu i znaczyło ni mniej ni więcej tylko „łagodny koń”. Wybór imion był zresztą bodajże najtrudniejszą decyzją, jaką Arnulf podjął w życiu.

Kilka miesięcy przed kolejnymi wyborami Adelinda ukończyła dwunasty rok życia, stając się w ten sposób w pełni dojrzałą i gotową do rozpłodu kobietą. Jej ojciec w pierwszym przypływie troski chciał sprzedać ją na żonę jakiemuś bogatemu wieśniakowi zanim narodzi się ryzyko, że utraci władzę. Posłuchał jednak rady swojej matki mówiącej:
- Jeśli sprzedasz ją teraz, wszyscy pomyślą, że się wycofujesz i cena spadnie. Ale jeśli twój koń znowu stanie pod urną i wygrasz, wszyscy będą wiedzieli, że to córka prawdziwego księcia.
Arnulf nie tylko przyznał rację swojej starej matce, ale postanowił też, że na fali wygranych wyborów sprzeda córki razem. Imię Rozalindy oddawało nie tylko jej charakter, ale również wygląd. Dziewczyna posiadała siłę i charakter zimnokrwistego ogiera, ale niestety również jego twarz. To wszystko powodowało, że wyglądała nie jak dopiero wchodząca w wiek dojrzały panna, ale jak kobieta, która urodziła przynajmniej dwójkę dzieci. Dlatego wielu mężczyzn lubieżnie oglądało ją, kiedy po nabożeństwie wychodziła lekko zgarbiona z kościoła.

Los chciał, że do Montaillou zabłąkał się właśnie jakiś człowiek, który przedstawił się jako Roderyk. Dla mieszkańców wioski imiona, wywodzące się z pradawnego, zapomnianego języka miały znaczenie, więc w przybyszu rozpoznali kogoś bogatego. Był jeszcze młody, ale sprawiał wrażenie takiego, który z niejednego pieca chleb jadł. Ubrany był we wzorzyste, ale dosyć zniszczone szaty. Gdyby mieszkańcy wioski mieli okazję bywać gdzieś poza własnym podwórkiem, wiedzieliby, że mają przed sobą jakiegoś wędrownego linoskoczka albo muzyka, który przepił swoją lutnię i żyje, kradnąc rosnące przy drogach jabłka. Nie bywali jednak i nie wiedzieli. Wędrowiec natomiast szybko zorientował się z kim ma do czynienia i przedstawił się jako książę z prawdziwego księstwa, w którym jest nie jedna a 150 wiosek i 3 miasta. Mówiąc o miastach nie spotkał się ze zrozumieniem, więc rozpoczął ich niezbyt rzetelny opis. A kiedy swoimi opowieściami udało mu się osiągnąć apogeum zainteresowania, kiedy właśnie mówił o fontannach, w których kąpią się nagie nimfy i syreny, ziewnął, kazał sobie nalać ostatni dzban wina i oddalił się z nim na spoczynek do najbardziej reprezentacyjnej stodoły.

Nie dane mu było jednak zasnąć. W sianie czekała na niego Adelinda. Córkę księcia do przybysza ciągnęła dziwna siła. Przy nim poczuła jakiś spokój w sobie i po raz pierwszy od narodzin zrozumiała, że może mówić a nie krzyczeć. Z radością słuchała tego swojego ciepłego miękkiego głosu i nie czuła już potrzeby walki o wszystko. Widziała, że obroni ją ten książę. „Książę” tymczasem nie zajmował się obroną księżniczki, ale poznawaniem jej ciała.

Wszystkiego szybko domyślił się Arnulf, kiedy we włosach swojej coraz bardziej niewyspanej córki dostrzegł któregoś poranka źdźbło śmiałka darniowego w takim kolorze jaki rósł tylko na łąkach starego Faramunda – właściciela stodoły, w której schronienie znalazł Roderyk. Arnulf jak zwykle, kiedy do podjęcia miał jakąś decyzję, naradzał się z matką, Tym razem nie musiała mu jednak niczego wyjaśniać. Romans księcia zapowiadał dobry utarg ze sprzedaży córki. Arnulf zaprosił więc do siebie „księcia” i ugościł jeszcze obficiej niż zwykle. A kiedy przybysz wypił już wypił kilka dzbanów wina po tym, który określa się jednym dzbanem za dużo, Arnulf zaczął go wypytywać o szczegóły sprawowania władzy książęcej za górami. Oniemiał, kiedy dowiedział się, że władzę się tam dziedziczy i zaczął narzekać na barbarzyńskie obyczaje miejscowych wieśniaków, którzy co 12 miesięcy każą mu stawać do wyborów jak zwykłemu parobkowi. Następnego ranka mimo huku wodospadów rozsadzającego mu czaszkę, Arnulf wiedział już, co ma robić.

Swój plan miał również Roderyk. Wiedział, że może zostać zięciem księcia wioski, ale wówczas będzie musiał pojawić się w Montaillou ze swoją nieistniejącą świtą, zaprosić teścia do nieistniejącego księstwa albo wymyślać podobne chuje muje. Oczywiście to wszystko było niemożliwe. To znaczy chuje muje były możliwe, ale trudne. Mógł również stanąć do wyborów i zostać prawdziwym księciem. Wprawdzie tylko niewielkiej wioski, ale jednak księciem. A córka dotychczasowego księcia jako żona mogłaby rozpocząć tradycję dziedziczenia władzy. Roderyk jak większość mężczyzn miał tę słabość, że lubił sobie pogadać. A z kim mógł gadać w tej wiosce? Tylko ze swoją kochanką Adelindą. Ta łapczywie chwytała każde słowo swojego kochanka a jej serce zaczął wypełniać nowy zapał. Nie pobiegła więc do ojca i nikomu nie zdradziła planów Roderyka. Zamiast tego postanowiła pomóc swojemu ukochanemu.

Kiedy nadszedł dzień wyborów Adelinda napoiła Roderyka olejem z lnu i zadbała o to, żeby podczas wielkiej popijawy pił sok z porzeczek zamiast wina. Nawet jednak sok z porzeczek robił większe wrażenie na nieszczęsnym Roderyku niż prawdziwe wino na Arnulfie. Widząc to Adelinda wykorzystała moment, w którym wśród śmiechu pozostałych na nogach na trawę padł kolejny nieprzytomny wieśniak i wbiła swojemu ojcu nóż w serce. Kiedy Arnulf upadł, zapadła cisza. Przez chwilę ludzie nie mogli zrozumieć jak mężczyzna, który w ciągu tygodnia potrafił wypić połowę rocznej produkcji wina z całej wioski, mógł się upić. Po chwili spojrzeli jednak na żonę Arnulfa, na jej rumiane policzki i zaczęli się śmiać.
- Ot stary już nie w tej formie, bo z żoneczką swawoli – zaczęli śmiać się jeden przez drugiego i cieszyć się z tego, że pierwszy raz pokonali księcia. I nie pomyśleli nawet, że Arnulfa spotkało coś innego. Kiedy nadeszła godzina wyborów na konia mógł wsiąść tylko Roderyk. Ale kiedy podjechał do urny okazało się, że ma zbyt krótkie ręce i nie może oddać swojego głosu. I wówczas z pomocą przyszła Adelinda. Wskoczyła na konia i na plecy Roderyka i zamiast niego wrzuciła do urny głos. Patrzący na to nie zareagowali, myśląc, ze to tylko fragment dorocznego snu a rano księciem i tak okaże się Arnulf.

Ale rano okazalo się, że Arnulf jest ciężko ranny a jedyny głos w urnie wskazuje na Roderyka. Po koronacji, która odbyła się koło południa Roderyk przyjął tytuł księcia Montaillou oraz hrabiego… Montaillou. Ogłosił również, że skoro mieszkańcy przyjęli go tak dobrze, on nie tylko nie włączy Montaillou do swoich włości za górami, ale zamieszka tutaj. Bo żadne skarby świata nie są cenniejsze niż szczodre serca tutejszych mieszkańców. Ludzie słuchali tego i wierzyli. I tak Roderyk został najbardziej szanowanym księciem w dziejach Montaillou. Natychmiast wezwał przed siebie Adelindę. To, co zrobiła podczas wyborów zmieniło ją. Była teraz piękna, a jej dojrzewający biust unosił się i opadał pod sukienką. Ale Roderyk wiedział, że właśnie taka jest najbardziej niebezpieczna, bo zagraża bezpieczeństwu jego a więc całego księstwa. Nie dlatego, że podniosła rękę na ojca ale dlatego, że można dla niej stracić głowę. A Roderyk do swojej głowy był bardziej przywiązany niż do czegokolwiek na świecie. Nie po to przechodził przez góry i wymyślał bajki, nie po to zostawał księciem, żeby teraz wszystko stracić przez jakąś gówniarę.
- Podniosłaś rękę na ojca – powiedział głosem tak stanowczym i twardym, że biust Adelindy na chwilę przestał falować.
- Dla ciebie… – zaczęła odpowiadać, zamieniając to falujące pożądanie na drżący niepokój.
- Dla ciebie książę, chciałaś powiedzieć.
- Dla ciebie… mój książę – nieśmiały uśmiech przemknął po jej twarzy.
- Myślisz, że książę będzie ci wdzięczny za próbę ojcobójstwa? Za to, że jego imię może być teraz łączone ze zbrodnią? Że ludzie będą myśleć, że nie wygrałby wyborów, gdyby nie twój… nóż!?
- Ale…
- Popełniłaś zło. Takie są fakty. Przemilczę to i nie ujawnię cię, ale od tej pory będziesz żyła samotnie.
- Ale…
- Skończyłem – powiedział Roderyk i odprawił dziewczynę niecierpliwym gestem.

Kiedy Adelinda wybiegła płacząc, Roderyk wezwał przed siebie jej siostrę. Była brzydka i nie pociągała go. Nie chciał mieć dzieci, więc jej szerokie biodra nie interesowały go. Ale była spokojna, grzeczna, bezpieczna.
- Zostaniesz moją żoną – oznajmił jej a Rozalinda dygnęła tylko, wstydliwie chyląc głowę. Właśnie tego oczekiwał.

Wesele miało się odbyć przed pogrzebem Arnulfa. Bo stary książę zmarł. Być może dlatego, że zgodnie z wolą nowego księcia ranę starano się wyleczyć winem, być może dlatego, że poczuł starość i nie chciało mu się już walczyć z życiem i ze śmiercią. A może po prostu rana zadana przez dwunastoletnią córkę uszkodziła jakieś ważne organy. Tak czy inaczej jego martwe ciało posadzono na honorowym miejscu przy stole biesiadnym. Nie brał oczywiście czynnego udziału w uczcie, ale siedząc obok Rozalindy podkreślał symbolikę wydarzenia. Nowe nie wyparło starego, ale następowało po nim. Władza narodziła sama siebie a nie została wybrana. Uczta stała się najświetniejszą uroczystością, jaką kiedykolwiek widziano w Montaillou. Brakowało na niej tylko Adelindy. Roderyk był przekonany, że siedzi w swojej chatce na uboczu i płacze. I już cieszył się na myśl, że będzie mógł odwiedzać ją nocami, zostawiając Rozalindę w chłodnym łóżku.

Ale Adelinda nie siedziała w swojej chatce. Wymknęła się z niej przed kilkoma dniami i przez góry dotarła do najbliższego miasteczka. Nie było w nim nimf ani syren, ale były jeszcze bardziej interesujące przekupki. To od nich dowiedziała się w nim, że Roderyk tak naprawdę jest Erwigiem. I jako Erwig nie jest żadnym księciem, ale poszukiwanym przez prawo złodziejem. Opowiedziała więc o tym, jak zabił jej ojca i chciał ją zhańbić. A później przeprowadziła przez góry straże miejskie i razem z nimi pojawiła się na uczcie weselnej. Erwig był tak zaskoczony, że nawet nie próbował uciekać. Pojmany i zakuty w brudne łańcuchy wyglądał żałośnie. Spojrzał jeszcze w stronę Adeliny i uśmiechnął się. Zrozumiał, że źle wybrał. Wcale nie z powodu zemsty, która spadła na niego, ale dlatego, że przecież kocha Adelindę. Ta natomiast uśmiechnęła się i usiadła obok swojej siostry. Jednak kiedy eskortowany Erwig zniknął za wzgórzem, z jej oczu popłynęły dwie łzy. Chciała pobiec za Erwigiem i powiedzieć mu to, co naprawdę czuje. Ale nie zrobiła tego. Podobno później zamieszkała w swojej chatce, została wiedźmą i jako taka została spalona na stosie. A mieszkańcy Montaillou przestali wybierać już księcia. Dzięki drodze, którą odkryła Adelinda nawiązali kontakt ze światem i stali się teraz zwykłymi mieszkańcami zwykłej wioski.