Dybuk

Dybuk

 

Wiosna jak zwykle odsłoniła wszystkie brudy tak pięknie ukryte przez zimę. Najgorsze były nie tylko psie ekstrementy, które nie kryjąc się w trawie bezwstydnie naprężały swoje posegmentowane odwłoki. Józef nie zastanawiał się nad tym chyba już od pierwszej wiosny po stanie wojennym. Wtedy kup było mniej. Pewnie dlatego, że pomimo śniegu rozdeptali je ZOMOwcy. Tacy sami jak ci, którzy spałowali jego matkę. Matka Józefa była już wtedy starowinką. I myślała, że jako takiej wolno jej trochę więcej. Dlatego pomachała pięścią w stronę ciężarówki, która omal jej nie przejechała na przejściu dla pieszych. ZOMOwcy natomiast w starej kobiecie dostrzegli kogoś na kim w końcu będzie można bezkarnie wyładować swoją frustrację. No bo czy ktoś z tych normalnych dzisiaj ludzi miał kiedyś okazję stanąć naprzeciwko tłumu rozwścieczonego i swoja odwagę budującego nie tylko na wściekłości ale też na poczuciu sprawiedliwości? Jeżeli dzisiaj na przeciwko podobnego ale mniejszego tłumu stają oddziały prewencji, mówi się, że policjanci walczyli z chuliganami albo kibolami, niszczącymi miasto. A przecież wówczas ci wszyscy robole, którym się w dupach poprzewracało, stoczniowcy którzy pierwsi mieli cytrusy albo górnicy, którzy mieli własne sklepy byli silni, młodzi, agresywni i myśleli, że mają rację. Stańcie sobie naprzeciwko nich, przyjmujcie na twarz płyty chodnikowe i kamienie to pogadamy.

No i babcia. Babcia groziła pięścią i coś krzyczała. Babcia nie rzucała kamieniami ani nie uciekała. Trzeba było ją trochę postraszyć, szturchnąć, przewrócić. Nikt jej od razu jakiejś głębokiej krzywdy przecież nie chciał robić. Głęboką krzywdę robiło się przecież młodym, złapanym gdzieś, szantażowanym, gwałconym czasem ale nie starowinkom. Dostała raz pałka. Może raz od każdego… Bo kiedy samochód się już zatrzymał to przecież każdy chciał kości rozprostować. A piździło. Piździło jak w kieleckiem u Jerzego. No i jak już wszyscy wysiedli i każdemu było zimno. Nie wiadomo, kto był pierwszy. Jakoś tak samo wyszło. Babcia się zdziwiła po pierwszym ciosie i przestała grozić pięścią. Nie była bohaterką. I chyba nie wierzyła, co się dzieje. A oni nie mieli czasu nad wiara się zastanawiać. Babcia zastąpiła tych wszystkich robili zarośniętych we flanelowych koszulach. Nie, nikt nie chciał zabić. Ale każdy pałka machnął. Może nawet kilka razy. I może kiedy już leżała nawet z buta dostała… Takie rzeczy się przecież zdarzają tłumie. Bo przecież nikt wtedy nie myślał samodzielnie.

Znalazł ją kilka minut później. Nikt nie powiedział, co się stało. Nikt nie wiedział. Nikt nie musiał. Ślady kół, ślady butów. I znajome ślady po uderzeniach. Widział przecież takie. Każdy wtedy widział. Każdy ko gdzieś bywał. A on bywał. Jeździł do kuzyna, do Radomia. To i widział coś. Nie męczyła się chyba, nieprzytomna była a człowiek nieprzytomny chyba się nie męczy albo męczy się mniej. Tak sobie mówił. Karetka przyjechała pół godziny później. Zatrzymali ją przy wyjeździe ze szpitala. Bibuły szukali. Tak się wtedy mówiło – bibuła. Teraz ktoś by powiedziało o propagandzie terrorystycznej terrorystycznej. Nie znaleźli, więc karetkę puścili. Matka chyba jeszcze żyła. Tak powiedział później lekarz. Że w karetce zmarła. Bo to chyba najlepiej w statystykach wypada. Pogotowie zdążyło na czas ale lekarze nie mieli szansy. Bo na czas nie dostali. Lekarz powiedział też, że matka w ciąży była i że to chyba skandal będzie. No ale on nikomu nie powie. Milicji powie. Bo milicja – wiadomo – takie rzeczy musi wiedzieć. A milicja skoro wiedziała zażądała milczenia. I milczał. Widział, czyje to dziecko. Nie wiedział, że w tym wieku matka może zajść w ciążę. Nie wiedział nawet, że matka z synem może w ogóle zajść w ciążę. A może w ogóle nie wiedział, jak i od czego w ciążę się zachodzi…

ZOMO

ZOMO na pogrzebie Popiełuszki. Źródło: Wikipedia

Obiecał więc milicji milczenie za milczenie. Oficjalnie jego matkę przejechał jakiś opozycjonista. Okazało się, że był pijany i że miał przy sobie marki zachodnioniemieckie albo dolary, cholera go wie. Po latach i tak okazało się, że współpracował z SB. Oficjalnie matka Józefa nie była w ciąży. Bo przecież kto mógł przypuszczać? Może ksiądz. Bo ksiądz – wiadomo – wie wszystko. Ale Józef niczego księdzu nie powiedział. Nie ksiądz przecież go za grzechy będzie sądził al Bóg. A Bóg takie rzeczy chyba zrozumie. Bo przecież skoro jeden w trzech osobach i skoro ojciec jest synem jednocześnie to znaczy, że syn siebie samego z matką spłodził. Józef kiedyś próbował to z księdzem wyjaśnić podczas kolędy ale okazało się, że to bluźnierstwo. O d tej pory Józef kolędującego księdza informował, że nie zamawiał, spodziewa się gości i w ogóle to tam są drzwi. Ksiądz wiedział, gdzie są drzwi, bo słysząc te słowa stał w nich. Myślał więc, że Józef wcale swojego zaprzaństwa nie jest pewien i usiłował wejść. Wtedy Józef straszył księdza sprawą o najście i ksiądz rezygnował. Mijały lata i scenka była przez obu odgrywana z tym samym skupieniem. Ksiądz, wiedząc, że Józef nie przystąpił do żadnej sekty, wietrzył szanse a Józef tak naprawdę oczekiwał jakiejś rozmowy na tematy religijne ale z zachowaniem równorzędności. A tego żaden ksiądz zapewnić nie mógł. A Józef tymczasem nabiale przekonania, że Bóg go ukarał właśnie za to podobieństwo do siebie samego, za to, że sam stałby się kimś takim właśnie – jednocześnie bratem i ojcem. Ale wiadomo, ze Bogu niczego zrobić nie mógł. Najpierw na tacę zaczął mniej rzucać a później przestał chodzić do kościoła. I miał nadzieję, ze ten opór przynajmniej lekko wkurzy Boga.

Ale z czasem ta przepychanka z Bogiem przestała Józefowi wystarczać. Coś w nim wzbierało. Fala, która jak tsunami piętrzyła się do niebotycznych rozmiarów. I kiedy już zniszczyła wszystkie wpajane zasady moralne, zaczął szukać zomowców. Wbrew pozorom to nie było trudne. Każdy znał jakiegoś zomowca. Tylu ich było, ze wystarczyło dobrze się rozejrzeć, żeby któregoś złowić. A każdy zomowiec znał kolejnego Trzeba było tylko działać zdecydowanie. Najpierw uderzyć w głowę, najlepiej z tyłu Wtedy raczej niczego się żaden zomowiec nie spodziewał. Bo przyzwyczajony był do tego, że twarzą w twarz a jeżeli z tyłu, od tyłu to raczej on – zomowiec. A tutaj czekała na niego niespodzianka. Ale świadomość niespodzianki pojawiała się już gdzieś w dole, w lesie, w piwnicy, w opuszczonej chacie, gdziekolwiek z dala. I taki zomowiec, kiedy już dochodził do siebie, nie do końca oczywiście, ale wracał na tyle, żeby coś powiedzieć, mówił chętnie. Wskazywał kolegów, licząc na to, że dzięki temu ratuje siebie. Ale zapewniał sobie tylko śmierć szybką i zdecydowaną.

Milicja znowu starała się zataić wydarzenia, związane z Józefem. Bo przecież komu mogłoby zależeć na nagłośnieniu morderstw dokonanych na siepaczach reżimu Chłodny profesjonalizm zbrodni zdawał się zbrodni nadawać wymiar egzekucji. Każda ofiara miała związane ręce i przewiązane oczy. Czarną aksamitną szmatą. To chyba było najdziwniejsze. Bo po co ktoś zadawał sobie tyle trudu, żeby znaleźć aksamitną szmatę? A jednak ktoś taki pojawił się w szarej PRL-owskiej rzeczywistości. Ale oficjalnie nie mógł istnieć. Oficjalnie zomowcy umierali na skutek stresów i budowali nienawiść swoich żyjących kolegów. Ale nie stawali się bohaterami ani ofiarami. Aż któregoś dnia po prostu przestali umierać.

To wszystko zdarzyło się kiedyś. Tak dawno, że funkcjonowało już tylko jako sen Józefa, trawiony przez nową rzeczywistość. Bo teraz Józef miał żonę. Żona dowodziła, jak silnym uczuciem kobiety jest przyzwyczajenie A Józef dowodził, jak głębokim uczuciem mężczyzny jest umiłowanie wygody. Nie wchodzili sobie w drogę. Ona siedziała w domu, sprzątała, gotowała i na każdą Wielkanoc drapała jaja ugotowane z łupinami cebuli. On pracował i przynosił pieniądze do domu. Raz w miesiącu po wypłacie miał spory problem z powrotem, bo pił z kolegami na umór. Ale jednak zawsze trafiał. I żonie to wystarczało. Zdarzało również od czasu do czasu wcale nie dziesiątego, że Józef wracał do domu z trudem. Nie mówił z kim się wtedy spotykał i po co. A ona z czasem przestała pytać. Był wtedy trochę mniej pijany ale poobijany, poszarpany i zakrwawiony. Przyjmowała go wtedy z dziwnym zadowoleniem i poczuciem, że jest potrzebna.

Nie mieli dzieci. Pewnie brało się to z tego, że Józef nie mógł – nawet nie to, że nie mógł skończyć – nie mógł zacząć. Myślała, że to choroba i traktowała ją z wyrozumiałością i oddaniem. A on po prostu od śmierci matki chciał być czysty. Chciał pokazać Bogu, że źle wybrał. I z tego pragnienia czystości brała się zupełna oziębłość. Przytulała się więc do niego, ocierała i czuła jak niewiele jej potrzeba. Ale wiedziała, że to niewiele jest jednocześnie zbyt wiele w jej związku. Dlatego z radością przyjęła umizgi Karola. Karol był jeszcze starszy niż Józef i zawsze śmierdział niemytym tygodniami ciałem i brudnymi, przesiąkniętymi potem, moczem i kałem gaciami, Ale potrafił zacząć a nawet skończyć. Zdarzało się, że kończył szybciej niż ona ale jej właściwie wystarczało. Józef dawał pieniądze i jadł obiady w milczeniu. Karol robił swoje i o nic nie pytał. Niestety do czasu. Kiedy nadszedł jego czas, zaczął mówić o miłości, o swoim szczęściu i o małżeństwie. Kiedy nie przyjęła jego zalotów zaczął ją szantażować. I wtedy poczuła, czym ryzykowała dla kilku chwil fizycznej satysfakcji. Nie, to przecież nie była wyłącznie fizyczna satysfakcja. Przecież dzięki tej chwili oddania czuła spełnienie jako kobieta. A teraz świat stał się ciężki. Nagle przestało ją cieszyć cokolwiek. Nerwowość oczywiście wyczuł na swój sposób Józef. Rosnąca empatia i wrażliwość kazały mu teraz upijać się nie raz miesiącu ale kilka razy w tygodniu. No bo co miał zrobić, skoro żona nagle zaczęła narzekać i regularnie przesalać obiady. Tymczasem Karol starał się ją szantażować coraz bardziej napastliwie.

Kiedyś przełamała się i zostawiła Józefa na cała noc. Znała go i wiedziała, że nie obudzi się przed porankiem. A wtedy chciała być już na miejscu. Została u Karola do rana. I chciała, żeby to była noc pożegnalna. Ale zabrakło jej odwagi i zdecydowania, żeby to tak zakończyć. Bała się, reakcji, bała się utraty Karola. Tego śmierdzącego i chamskiego człowieka. Została więc do rana, co Karol uznał za swój sukces. Spał więc całkiem goły. Nigdy tak nie spał. Ale teraz prężył we śnie swoje śmierdzące zarośnięte ciało. Wybiegła z jego domu, mając nadzieję, że nikt nie zauważy. Ludzie na wsi wstają przecież wcześnie. A tu już zaczynało się robić jasno. Nie było widać Słońca. Nie wiadomo, czy wschodziło, bo świat spowity był cały mgłą, tryskająca gdzieś nad rzeką i nad łąkami. Wbiegając na ulicę nie miała pojęcia, ze na ten sam brak ludzi, brak wieśniaków i przechodniów liczy kierowca z Ełku, na co dzień funkcjonariusz tamtejszego posterunku.

Dla Józefa to było jak powrót do tego starego, zapomnianego snu. Nie wiedział, kim był kierowca, nie wiedział, co jego żona robiła nad ranem w pobliżu domu Karola. Czuł stratę kolejnej bliskiej osoby. Skierował w niemym krzyku pięść ku górze i postanowił znów znaleźć winowajców. Tak jak kiedyś. Ale dzisiaj nikt nie chciał już nim rozmawiać. Pierwszy policjant, uderzony młotkiem w tył głowy zmarł zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Pozostali stali się czujni i Józef wiedział, że może mieć problem. Dlatego postanowił poszukać ludzi, znających prawdę gdzieś dalej. Ale w mieście, do którego przyjechał wcale nie było łatwiej. O policjantach nikt rozmawiać nie chciał. W końcu na jakiejś zupełnie opuszczonej uliczce zaczepiło go kilku mężczyzn. Kiedy opowiedział im o swoim problemie przestali go popychać i straszyć. Zamiast tego zaofiarowali Józefowi zrozumienie i współczucie. Ale do udzielenia pomocy chęci w dalszym ciągu nie wykazywali żadnych.
- Dziadku, na chuj ci to? – zapytał jeden z nich. I Józef nie zrozumiał pytania. Dla niego śmierć policjanta była naturalnym następstwem śmieci, którą ten spowodował. To policjant rozpoczął proces, którego częścią stal się Józef. Nie prosił o to przecież, nie zabiegał i nie starał się. I wcale nie czuł się wykonawca. Był narzędziem. Ale ci mężczyźni tego nie rozumieli. Gdyby było jaśniej, Józef pewnie dostrzegłby kropki wytatuowane w kącikach ich oczu. Ale przecież i tak nie zrozumiałby nawet przesłania tych kropek. Stał więc zagubiony i ciągle słuchał bez zrozumienia zachrypniętych słów, wciskając uparcie swoje pytanie.
- Znacie go? – Mężczyźni z niedowierzaniem i szacunkiem zmieszanym ze zniecierpliwieniem patrzyli na Józefa.
- Nie potrzebujemy tutaj problemów, rozumiesz? – zapytał wyższy.
- Znasz go? Odpowiedział Józef z nadzieją w głosie.
- Dziadku, jeżeli to rzeczywiście policjant przejechał twoją dupę to się znajdzie. I jeśli trafi za kraty, będzie żałował, że go nie zajebałeś. Uwierz – bardzo będzie żałował. Ale Józef nie wierzył, więc po raz kolejny z niegasnąca nadzieją zadał to samo pytanie.
- Znasz go? – Mężczyźni wiedzieli już, już od dawna, że Józef nie jest zwykłym człowiekiem. Prawdziwą chorobę psychiczną rozpoznaje się jednym spojrzeniem w oczy, A oni mieli doświadczenie większe niż większość psychiatrów, o k których Się leczyli lub byli poddawani obserwacji. Nie chcieli, żeby psy ich ciągały po psiarniach, nie chcieli być świadkami w sprawie o zabójstwo psa. Dlatego chcieli Józefa zniechęcić. Jeden z nich zaczął więc mówić szeptem. Ale nie takim szeptem, żeby nie obudzić kogoś.. To był szept, który zapowiadał tajemnicę.
- Słuchaj, dziadku, policja jest tak samo potrzebna jak my. Rozumiesz?
- Jak to? – Józef zmienił pytanie.
- Srak to, kurwa mać. – odpowiedział mężczyzna. – Niczego, kurwa, nie rozumiesz. Potrzebna jest wojna. Tak samo jak w Stanach potrzebny jest terroryzm. Bo widzisz – my dajemy sens policji. Dzięki nam ludzie się boją. Dlatego policja prędzej zabije swojego szefa niż złapie nas wszystkich. Ale policja gwarantuje bezpieczeństwo również nam. Nie musisz tego rozumieć ale tak jest. I wtedy Józef zrozumiał, że oni są częścią innego procesu, że mają inne przeznaczenie, bo ich proces prowadzi w inne miejsce. W to miejsce, bo tutaj właśnie prowadził zegarek i tutaj czekał. A kiedy to zrozumiał, sięgnął do reklamówki i wyjął z niej młotek.

Nie zrobił tego. Stał z boku i wdział siebie samego. Widział jak wyciąga młotek i właściwie bez zamachu uderza nim w głowę człowieka, z którym rozmawiał. A później uderza w kroczę drugiego mężczyznę, pochyla się nad nim i chwilę rozmawia a później uderza w głowę. Zamknął oczy a kiedy skończył widział już tylko dwa ciała z roztrzaskanymi głowami. Zamiast nich na chodniku leżała jakaś bezkształtna masa, składająca się z połamanych kawałków czaszki pokrytych włosami. I wiedział już, gdzie może szukać policjanta.

Podniósł młotek i schował do reklamówki w owoce a później szybkim krokiem opuścił podwórko. Kiedy znalazł się na ulicy poczuł zapach naleśników z jabłkami, który wydobywał się z któregoś z uchylonych okien. Poczuł głód. I kiedy tak szedł chodnikiem, nagle poczuł lęk. Lęk wydobywał się z uchylonej bramy. Chwilę po lęku wyłonił się z niej stary mężczyzna z pejsami. Na sobie miał długi czarny płaszcz

Bramy – dotychczas obojętne stały się nagle pustymi oczodołami, wpatrzonymi w Józefa. Znał to uczucie. Wiedział, że mnie dopiero rankiem w domu. Tymczasem starał radzić sobie, mijając je szybkim krokiem. Nagle z jednego z oczodołów wyłoniła się dziwna postać. Mężczyzna miał na sobie długi czarny płaszcz, futrzany kołnierz i czapkę przypominającą tę papieską ale czarną jak płaszcz. Pod tą czapką błyszczały oczy, też czarne ukryte w cieniu wielkiego, haczykowatego nosa. Pod nosem zaczynała się długa siwa broda. Józef zatrzymał się. Wiedział, kogo ma przed sobą. Jego żona trzymała w pokoju portret tego mężczyzny. Miał przynosić szczęście jak królicza łapka albo onuca po pierwszej miesiączce pierworodnej córki. Córki Józef nie miał a w króliczą łapkę nie wierzył. Teraz, widząc Żyda, poczuł nagle wściekłość – to przecież ten człowiek go oszukał, nie przynosząc obiecanego szczęścia. Już sięgał do reklamówki po młotek, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że Żyd teraz zszedł z obrazu po to, żeby odpokutować, żeby pomóc.
- Niedobrze, że Abel zabił Kaina – zamiast pomóc powiedział Żyd.
- Niedobrze, że pierdolisz bez sensu – odpowiedział Józef. – Przecież to Kain zabił Abla.
- To są pozory – wycedził Żyd, patrząc z uśmiechem na Józefa – I Szlojme ci to wyjaśni, Józefie.
- Skąd wiesz, jak mam na imię? – warknął Józef – Ale od razu pomyślał, że skoro Żyd wisiał na obrazie, miał okazję poznać jego imię. Warknął więc tylko – Nieważne – i pytał dalej – Jak się tutaj znalazłeś?
- Najwyższy tak chciał – odpowiedział Żyd, patrząc w niebo.
- Nie pierdol mi tu o najwyższym. Jak zlazłeś z obrazu? – Szlojme patrzył przez chwilę na Józefa. W końcu odpowiedział spokojnie
- Józefie, nie zszedłem z obrazu. Nie masz wrażenia, że ty wszedłeś do niego?
- Do obrazu? – Zapytał Józef.
- Do świata, który jest na obrazie.
- A to nie to samo?
- Nie, obraz to tylko płaski kawałek płótna albo deski. Cała reszta jest w głowie. I to jest właśnie świat, w którym się znalazłeś.
- Ale w czyjej głowie?
- Trochę w głowie malarza ale bardziej w twojej własnej.
- To znaczy, że wszedłem do własnej głowy?
- Tak. I dałeś się jej opętać. Dlatego mi się nie przydasz.
- Nie przydam? – Józef ciągle starał się zrozumieć Żyda. – A do czego mógłbym się przydać?
- Spójrz na mnie. – powiedział Szlojme. – Nie wyglądam dziwnie? – Józef nigdy nie dziwił się ludziom, których widział. Pewnie dlatego, że sam sobie był dziwny. Ale tak samo nie dziwił się żadnym zjawiskom ani rzeczom. Może dlatego, że zdziwienie było emocją, której się wyrzekł a może dlatego, że nauczył się żyć nie rozumiejąc niczego. Nie potrzebował wyjaśnień, dlaczego wieje wiatr, płynie woda, latają samoloty albo wymierają jakieś dziwne zwierzęta. To wszystko działo się. I tak samo dział się przed nim ten człowiek.
- Nie. – odpowiedział.
- To znaczy, że ty sam jesteś dziwny. – Szlojme uśmiechnął się szeroko – Ale do rzeczy. Gdybyś trochę wiedział o świecie, wiedziałbyś, że tacy ludzie jak ja nie chodzą po tej ziemi od… – tu zamyślił się – powiedzmy, że od siedemdziesięciu lat.
- To co ty tu robisz?
- No właśnie. Żeby zniknąć muszę kogoś… opętać.
- Opętać? – Józef jednak potrafił się zdziwić.
- Tak, zawładnąć jego ciałem. Bo sam nie mam już własnego. Pozbyłem się go, umierając. Jestem duchem, Józefie. – Józef zastanowił się. Wierzył temu człowiekowi. Ale nie rozumiał go.
- A po co ci to?
- Nie chcę tego robić. Ale musze. Snuję się od siedemdziesięciu lat tylko po to, żeby kogoś opętać.
- I dlaczego tego nie zrobisz?
- Bo wszyscy są już opętani. Kiedy umarłem – przez straszną wojnę. Teraz… Szkoda gadać… Nikt już nie jest sobą, wszyscy potracili siebie. A ja nie mogę opętać nikogo opętanego…
- A ja? – zapytał Józef – Ja też jestem opętany?
- Jesteś. Ty też utraciłeś sam siebie i robisz to, co robić każe ci ktoś inny.
- Kto? – zapytał Józef, odnajdując nagle sens w słowach Szlojme. Oczywiście! Ktoś stał za tym wszystkim i zabijał wszystkie kobiety, które miały dla niego znaczenie. To nie mógł być wypadek. I z pewnością o niego – o Józefa chodziło. Ale Szlojme cofnął się nagle w bramę i zniknął w cieniu.

Policjant zachowywał się swobodnie. Palił, pluł na chodnik i grzebał w nosie strzelając palcami tym, co wygrzebał. Na smyczy miał małego pieska. Być może nadmiar zajęć spowodował, że nie zauważył, ze szczeniak wbiegł na ulicę, wprost pod koła samochodu. Samochód nawet nie zwolnił. Głuche uderzenie i pisk szczeniaka, który teraz leżał na asfalcie i kręcił się w kółko. Policjant ryknął „ty chuju”, sięgnął po komórkę i zadzwonił gdzieś patrząc na oddalający się samochód. Po chwili zaczął głaskać psa, starając się go uspokoić. Ale szczeniak ciągle piszczał. Policjant wyraźnie nie radził sobie z cierpieniem bliskiej istoty. Głaskał jeszcze szczeniaka ale zaczynał przeklinać coraz głośniej. Po chwili podniósł się i zaczął kopać dogorywającego psa krzycząc „kurwa, kurwa”…
Józef sięgnął do reklamówki po młotek…

Powiązane: