Jusuf

 

Nazywam się Jusuf. Jestem synem Jakuba. Wszyscy moi przodkowie, których potrafię wymienić byli pasterzami na równinie As-Sik. Pasterzem był Husajn, który wsławił się tym, że uratował przed rabusiami pierworodnego syna szejka, dzięki czemu jego syn Ibrahim zamieszkał na kilka lat w domu szejka. Pasterzem był też Ibrahim, który jako jedyny w całym naszym rodzie przede mną posiadł naukę pisania i jego syn Husajn i jego syn Jakub i jego syn Karim i jego syn Ahmad i jego syn Abu, który oszalał po wypiciu sfermentowanego soku z winogron i wreszcie mój ojciec Jakub. Wszyscy oni wypasali kozy na równinie. Dlatego ja też byłem pasterzem.

Kiedy słyszycie “pasterz” wyobrażacie sobie pewnie pastucha, który z fujarą w ustach pilnuje czyjegoś bydła. Nie ma błędu, który bardziej mógłby nas znieważyć. Jestem bowiem dumnym właścicielem stada kóz, w dniu śmierci mojego ojca liczącego 26 sztuk, co uczyniło mnie jednym z bogatszych ludzi mojej wioski. Ale wypadki, które tutaj opisuję sprawiły, że wybrałem inną drogę. I chociaż nie wiem, dokąd mnie ona zaprowadzi, nie żałuję ani jednego dnia ze swojego życia.

Kiedy byłem dzieckiem, ojciec – pamiętając o naszym przodku Ibrahimie – wysłał mnie do medresy, w której nauczyłem się wielu sur oraz zrozumiałem znaczenie znaków, którymi zostały spisane. Po powrocie z medresy przez długie lata żyłem podobnie jak mój ojciec i jego ojciec. Pojąłem za żonę Safię, z którą spłodziłem dwójkę dzieci – Mussę i Aiszę. Każdego ranka wychodziłem z kozami na równinę. Kozy są mądre jak ludzie i potrafią zjeść wszystko. Zajmując się nimi miałem sporo czasu na rozmyślania o tym, czego nauczył mnie ojciec i co zobaczyłem w meczecie i w medresie. Lubiłem dzielić się moimi rozmyślaniami z kozami i czasem miałem wrażenie, że one rozumieją więcej niż moja żona i jej dzieci. Każdego wieczora wracałem do domu i zamykałem kozy w zagrodzie. Niczego nam nie brakowało. Kozy dawały dosyć mleka, żeby nas wyżywić i zarobić na proste ale godziwe życie.

I pewnie żyłbym tak do dzisiaj, ale któregoś wieczora zwróciłem uwagę na małe drzwiczki, które pojawiły się w pokoju, który dzieliłem z Safią.
- Co to jest? – zapytałem ją.
- O co pytasz mężu? – odpowiedziała pytaniem, ale nie zapominając o należnej mi czci.
- O te drzwiczki – odpowiedziałem, wskazując je ręką.
- Nie wiem. Zawsze tu były…
- Jak to zawsze?
- Wybacz mężu – Safia opuściła wzrok. – Odkad tu mieszkam.
- Jesteś tego pewna?
- Jak tego, że jeden jest Allah.
- Nie bluźnij – warknąłem i położyłem się.

Na krótki czas zapomniałem o drzwiczkach. Ale po kilku dniach myśl o nich wróciła z wielką siłą nie dając mi spokoju. Jak to możliwe, że nigdy nie zwróciłem na nie uwagi? Czy kobieta może mieć rację, jeżeli podważa opinię swojego męża? Mieszkam przecież w tym domu od trzydziestu lat i nigdy ich nie dostrzegłem. Moje myśli stawały się coraz bardziej natarczywe a wyobraźnia podsuwała mi różne pomysły. Wyobrażałem więc sobie, że drzwiczki zbudował jakiś dżin, który opętał moją żonę a teraz ukrywa się za nimi. A może są wejściem do świata, w którym, żyją ludzie tacy jak my ale zupełnie mali. Me trzewia coraz silniej trawiła ciekawość i rosnący strach. W końcu nie wytrzymałem i poszedłem do nich, ukląkłem na podłodze i recytując w myślach surę Al-Ichlas, o której czcigodny Ali Al-Walid Muhammad Ibn Ahmad Ibn Muhammad Ibn Ahmad Ibn Ahmad Ibn Ruszd mówił, że jest wykaligrafowana w świętej Kubbat as-Sachra. Drzwiczki z początku stawiały opór, ale kiedy zniecierpliwiony szarpnąłem, ustąpiły. Nie miałem ze sobą nawet najmniejszego kaganka, więc to, co za nimi początkowo dostrzegłem było tylko ciemnością. Dopiero po chwili ośmieliłem się włożyć w otwór rękę, która namacała jakieś pudło i znajdującą się za nim ścianę. Wyjąłem pudło i mimo lęku otworzyłem je. W środku znajdował się zwój pergaminu, na którym ktoś niedbale coś napisał. Podszedłem do źródła światła i zacząłem czytać.

Pierwsze wersy wychwalały Allaha i jego proroka Mahometa. Kolejne zaczynały się od słów Niech na mnie i na moich potomków aż do setnego pokolenia spadnie szaleństwo a na ich krowy i kozy, ich żony i sąsiadów niech spadnie najgorsza zaraza, jeśli to, co piszę nie jest prawdą. Ręce mi drżały, serce biło jak wtedy, kiedy moje kozy zaatakowało stado dzikich psów. Dotąd niemal wszystko, co czytałem było świętymi słowami Mahometa. Darzyłem więc nabożną czcią każdy tekst. Ten niewątpliwie mówił o czymś ważnym.

Ja, Ibrahim syn Husajna chcę opisać wydarzenia, których byłem świadkiem, chociaż byłem niegodny ich doświadczyć. W trzydziestym roku mojego życia, kiedy zasnąłem na równinie pasąc kozy stało się coś wyjątkowego. Obudził mnie wówczas trzask jaki towarzyszy płonącemu po zachodzie słońca ognisku. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem krzew, który płonął w odległości kilku kroków ode mnie. Zdziwiony podszedłem do niego. I wówczas usłyszałem dobiegający z niego głos wołający mnie po imieniu.
“Ibrahimie, Ibrahimie wysłuchaj mnie. Jestem zamkniętą w tym krzewie grzeszną duszą Mojżesza. Chcę, żebyś stał się powiernikiem Prawdy. Nie myśl, że nie jesteś jej godzien. Każdy człowiek jest godzien Jej wysłuchać. A ty chociaż jesteś człowiekiem prostym, jesteś też mądry i możesz ją pojąć. Pamiętaj jednak, że musisz przekazać ją innym. Słuchaj więc uważnie. Przed wieloma wiekami człowiek nie znał słów. Znał tylko język ciała i gestów. I posługując się nimi, zawsze mówił prawdę. Słowa zostały więc wymyślone przez Szejtana, żeby ludzie mogli kłamać. Tego jednak było Szejtanowi za mało. Podsunął więc ludziom pismo. Teraz mogli kłamać na odległość a ich oczy nie zdradzały już prawdy. Tymi wynalazkami złych mocy nie mogła być przekazana Prawda. Ludzie zmieniali więc słowa Allaha i jego proroków, zapisując je i przekazując dalej. Stąd początek wzięło wiele zła na świecie. Chcesz wiedzieć jakie to kłamstwa? Wiele z nich dotyczy mnie, ale jestem zbyt wielkim nikczemnikiem i nie powinienem mówić o sobie. Zważ tylko, że Allah ukarał mnie zamykając moją duszę w tym krzaku. A to dlatego, że sam nigdy go nie spotkałem i wszystko sam wymyśliłem.

Powiem ci jednak o czymś innym. Wierzysz, że – jak mówi księga – prawdziwie pobożny jest ten, kto rozdaje majątek – mimo umiłowania go – bliskim krewnym, sierotom i biedakom, podróżnemu i żebrzącym, i na wykup niewolników, prawda? Otóż dając to im za darmo krzywdzisz ich, bo przestają pracować, czekając na zakat. Tak mówi Allah. Słowa te zostały zmienione, żeby przyciągnąć do siebie ludzi słabych i biednych, którzy oczekiwali pieniędzy a nie chcieli pracować.”
Kiedy tak stałem i słuchałem, nie zauważyłem, że nad moją głową zebrały się chmury, z których nagle lunął deszcz, który ugasił płomień. Stałem jeszcze chwilę w deszczu, czekając, że znów usłyszę głos, ale krzew milczał. Przychodziłem do niego jeszcze wielokrotnie, ale już nigdy nie zapłonął i nie przemówił do mnie. To, co usłyszałem, zapisałem jak najdokładniej. Bałem się mówić o tym, co widziałem, ale jednak przysiągłem przed krzakiem na Allaha, że przekażę jego słowa. Niech ten zwój pergaminu przyjmie je i przekaże komuś, kto być może doświadczy łaski odwagi i mądrości w imię Allaha.

Przeczytałem wszystko trzy razy, obmyłem się, rozłożyłem sadżadżę i kierując głowę w stronę Mekki prosiłem Najwyższego o wsparcie. Kiedy skończyłem modlitwę wiedziałem już co robić. Postanowiłem odnaleźć krzew. Nie miałem wyboru. Musiałem się dowiedzieć, czy mogę dostąpić raju, czy błądzę, żyjąc według wskazówek duchownych. Ważne było też dla mnie to, czy mój przodek był opętany przez złe duchy, czy może wybrany przez samego Allaha, żeby głosić jego imię. Powierzyłem swoje stado kóz swojemu synowi i opiece Najwyższego a później udałem się na równinę. Znałem ją świetnie, bo przecież spędziłem na niej całe swoje życie. Znałem nawet większość krzaków, ale nigdy nie przyglądałem się im jak istotom, które mogą coś powiedzieć. Być może kiedy zacznę słuchać, usłyszę? Przez 7 dni chodziłem do równinie. Oglądałem każdy z krzaków a nawet do każdego przemawiałem. Wszystko na próżno. Krzewy pozostawały krzewami a ja – coraz bardziej zagubionym człowiekiem.

Siódmego dnia mej wędrówki dotarłem do północnych skrajów równiny. Znajdowały się tam niewysokie góry, za którymi rozpościerała się żyzna dolina, w której mieszkały bogate rody spokrewnione z szejkiem. Wyczerpany coraz bardziej postanowiłem ukryć się przed południowym słońcem w jaskini. Kiedy do niej wszedłem poczułem jak bezsensowne były moje poszukiwania. W jaskini wszystko to wydało mi się nieistotne i odległe od prawdziwego świata, który znajdował się właśnie tutaj. I wówczas właśnie doznałem olśnienia. Nie ma znaczenia, co mówi jakiś krzak albo co mówi kolejny mufti. Jestem dziełem Stwórcy, więc we mnie samym najdonioślejszy jest dźwięk jego słów. Nie mogę myśleć, że jestem czegoś niegodny, bo jak wszystko na tym świecie jestem dziełem Allaha. A to znaczy, że wszystko jest tak samo godne i tak samo święte. Chciałem wybiec z tą wieścią z jaskini i dzielić się ze wszystkimi tą wiedzą. Ale zmęczenie było silniejsze. Usiadłem na kamieniu i siedziałem tam jakiś czas. Kiedy otworzyłem oczy i wyszedłem na zewnątrz, okazało się, że właśnie nastał dzień ósmy moich poszukiwań. Entuzjazm, który wczoraj zamieszkał w mym ciele był już mniejszy i moja radość z tego, że za chwilę będę się dzielił nowiną z moimi krewnymi i przyjaciółmi była nieco bardziej ostrożna.
W drodze do domu spotkałem pasterza Alego z sąsiedniej wioski. Rodzina Alego od pokoleń była znana z wielkiej pobożności a mój ojciec przyjaźnił się z jego ojcem. Ja sam miałem zostać mężem jego siostry. Kiedyś jednak pokłócili się i nasze kontakty urwały się. Teraz pozdrowiliśmy się z uśmiechem, który zachęcił mnie do wdania się z nim w pogawędkę. Szybko zacząłem przedstawiać mu słowa Prawdy. Ali zamyślił się i powiedział
- Powinienem cię zabić albo ci uwierzyć.
- Co każe ci twoje serce? – zapytałem. Znów się zamyślił.
- To nie jest sprawa mojego serca. – odpowiedział.
- Dlaczego?
- To co jest w sercu jest powodem słabości. To przez serce na człowieka działają Szejtan i kobiety.
- A co dzieje się z człowiekiem, kiedy jest raniony w serce?
- Jeśli był dobrym człowiekiem, trafia do raju. – kiwnąłem tylko głową, rozumiejąc, że próba nauczenia czegoś Alego jest tylko stratą czasu. Chciałem go pozdrowić i odejść, ale on zatrzymał mnie gestem ręki i powiedział – Widziałem, jak rozmawiasz z krzakami. Jesteś albo opętany przez złe moce, albo oświecony. Myślę, że powinni się tym zająć ludzie bardziej uczeni niż ja.
- Dlaczego myślisz, że sam nie możesz tego rozstrzygnąć?
- Bo jestem tylko prostym pasterzem.
- Czy Allah nie kocha nas wszystkich tak samo?
- Nawet jeśli tak jest to nie ma żadnego znaczenia. – Teraz ja zamyśliłem się.
- Co chcesz zrobić?
- Porozmawiać o tobie z muftim.
- Może sam z nim porozmawiam? – zapytałem.
- Masz rację, tak będzie lepiej. – Odpowiedział i wykonał ręką taki gest, jakby chciał skończyć rozmowę. Poszedłem więc do domu. Kiedy już umyłem się i najadłem do syta, zebrałem całą rodzinę i opowiedziałem im Prawdę. Moja żona zaczęła płakać. Powiedziała, że za te słowa mogą uznać mnie za murtadda i skazać na śmierć.
- To będzie ich grzech.
- Jaki grzech?
- Każde morderstwo jest grzechem. Poza tym Koran nic nie mówi o tym, że trzeba na śmierć skazywać tych, którzy odstąpili od jego wiary.
Słysząc to moja żona zaczęła płakać jeszcze głośniej. Krzyczała o dzieciach i o niej, o tym, że wszystkich nas spotka straszny los. W końcu uległem jej i obiecałem, że nikogo nie będę nauczać. Później zaprzeczyłem, kiedy zapytała, czy z kimś o tym rozmawiałem. Płacząc dalej wymusiła na mnie przysięgę, żebym ukrył znalezione przeze mnie zapiski mojego przodka i z nikim o nich nie rozmawiał.

Teraz spisuję te wszystkie wydarzenia, żeby ukryć je razem z zapiskami Ibrahima. Przez chwilę wydawało mi się, że dotknąłem Prawdy i czułem siłę. Ale teraz wiem, że takie dotknięcie może być źródłem lęku i kłamstwa. Od czasu, kiedy okłamałem moja żonę, robię to coraz częściej. Myślę, że ona często dostrzega moje kłamstwa, ale woli się do tego nie przyznać, bo boi się, że mnie straci. Jest mądrą kobietą. A ja boję się tego, że zostanę po śmierci ukarany za to i za to, że dałem się zwieść kłamstwom albo, że nie przekazałem Prawdy. Boję się też, że Ali doniesie na mnie i zostanę skazany. Żyję więc w strachu i tylko czasem myślę, że każde słowo może być źródłem zła.

Powiązane:

  • Dybuk