Tankred

 

W czasach, które wyłoniły się z wieków ciemnych, bo nieopisanych, ale które same jeszcze niewiele światła wniosły w życie ówczesnych ludzi, w leżącej nieopodal Rzymu wiosce, która swoją nazwę Radicula Aequi zawdzięczała obradującym niegdyś wśród pól rzodkwi longobardzkim sądom, w której tuzin wieków później wyrosły wille nowych patrycjuszy, dorastał chłopiec, który na chrzcie otrzymał imię Tankred. Imię to było prawdopodobnie jedyną rzeczą, którą w swoim życiu dostał bezinteresownie. Chociaż tak naprawdę nawet skromna ceremonia chrztu była próbą wymuszenia jakiejś przynależności i jakiegoś opodatkowania.

Bo ludzie od pierwszego kontaktu z Tankredem, czegoś od niego chcieli. Pierwszym, którego Tankred zapamiętał, był Jan, który znalazł niemowlaka na swoim polu kapusty. Nie zdziwiło go to, bo był przekonany, że właśnie pole kapusty jest najodpowiedniejszym miejscem na znalezienie małego dziecka. Naiwność Jana nie powinna nikogo dziwić, bo przecież nawet dzisiaj w pewnych kręgach zbliżonych do innych kręgów popularne są takie opinie. Coś jednak wzbudziło niepokój Jana. Przypuszczał, że do znalezienia dziecka potrzebna jest kobieta a jego żona zmarła przecież przed pięcioma laty na skutek posiadania zbyt słabej głowy, która nie wytrzymała uderzenia młotkiem. Zaklął więc szpetnie, podejrzewając zemstę nieboszczki i splunął przez lewe ramię. Ale po chwili uśmiechnął się w przekonaniu, że przeraźliwy płacz dziecka spłoszy gąsienice bielinka kapustnika, bardzo aktywne w tym roku. I rzeczywiście wycie Tankreda działało lepiej niż wszystkie dzisiejsze środki chemiczne razem wzięte. Na polu nie pojawiała się żadna gąsienica. Ale płacz działał tak długo, jak długo trwał to znaczy tak długo, jak długo Tankredzik miał siłę płakać. Kiedy osłabł, wygłodzone gąsienice ze zdwojoną siłą rzuciły się na kapustę.

W tym samym czasie na polu pojawił się stary kundel Wezuwiusz, podobnie jak pole, kapusta i gąsienice należący do Jana. Dziecko znalazł bez trudu, bo w przeciwieństwie do kapusty nie posiadało zapachu jego moczu. Kiedy załatwił tę formalność, przyjrzał się Tankredzikowi, obwąchał go tym razem dokładnie i odgryzł mu kawałek ucha. Ucho było lekko kwaśne ale idealnie nadawało się do żucia. Kiedy już się z nim uporał, wziął dziecko w zęby, pobiegł z nim do domu i położył pod drzwiami domu Jana, licząc zapewne na jakąś nagrodę. Jan, który właśnie się obudził i wyszedł przed dom, żeby zająć się czynnościami o charakterze higienicznym to znaczy oddać mocz, spojrzał na małego Tankreda i powiedział

- A żeby cię… Zamiast pilnować pola tu przylazłeś? – Tankredzik nie odpowiedział, więc Jan postanowił zabrać go zielarki, która niejedno w życiu widziała dopóki nie oślepła i niejedno usłyszeć umiała od czasu, kiedy… oślepła. Zielarka obwąchała dokładnie dziecko, ale na szczęście na tym skończyły się jej podobieństwa z Wezuwiuszem. Postanowiła dokarmiać Tankreda kozim mlekiem. Dzięki temu chłopiec znów zaczął płakać a Jan mógł go zanieść na pole. I tak narodziła się dziwna współpraca. Jan karmił małego a ten straszył swoim wrzaskiem gąsienice. A kiedy nastawały chłody, Tankred płoszył myszy i bazyliszki. I tak w sposób zupełnie niezauważalny dla wszystkich z wyjątkiem Wezuwiusza, który dokonał żywota biegając za jakąś suką, minęło 5 lat. Dopiero wówczas chłopiec zaczął chodzić. Był bowiem tak lekki, że Janowi nie przyszło do głowy, żeby go tej czynności uczyć. Ale kiedy kolejnej jesieni dały o sobie znać bóle w krzyżu postanowił trochę odpocząć i wyrzucając dziecko z koszyka kazał mu chodzić. Tankred, kiedy już poznał siłę swoich nóg, zaczął w chodzenie wkładać energię, którą wcześnie wkładał wyłącznie we wrzask. Skutek był taki, że jego krzyk był coraz słabszy i mniej skuteczny. Jan postanowił się pozbyć darmozjada i wysłał go do lasu po chrust. Żadnego lasu w pobliżu nie było, więc Jan był pewien, że chłopiec nie wróci.
Tankred tymczasem skorzystał z możliwości posłużenia się nową umiejętnością i radośnie pobiegł przed siebie. Po kilku chwilach dobiegł w pobliże chaty zielarki. Ta kiwnęła na niego palcem i niemal siła wciągnęła do swojej chaty a następnie posadziła na zydlu. Zydel na szczęście był wysoki i Tankred przebierał swoimi nóżkami w powietrzu, dzięki czemu mógł zatrzymać się w jednym miejscu.

- Słuchaj uważnie i zapamiętaj moje słowa – zaczęła zielarka – Młody jeszcze jesteś i gówno wiesz o życiu a że głupi będziesz zawsze to i z gównem w głowie umrzesz. Ale wiedz, że jesteś prawowitym dziedzicem rzymskiego tronu. A teraz wypierdalaj – zakończyła i przewróciła zydel. Tankred spadł na nóżki, które będąc w ciągłym ruchu poniosły go dalej w świat. Oczywiście nie zrozumiał nic z tego, co mówiła starucha – uczucie niezrozumienia kobiet miało mu zresztą towarzyszyć podobnie jak gówno w głowie – ale dokładnie to zapamiętał. Nie wiedział, że jest dzieckiem, które pięć lat temu powiła papieżyca Joanna zanim wyzionęła ducha podczas procesji. Dobrzy ludzie zajęli się wówczas jej dzieckiem, odkarmili je, ale w obawie przed gniewem kolejnego papieża pozbyli się go. Tymczasem chłopiec szukając lasu i bezmyślnie powtarzając w myślach to, co usłyszał od zielarki, kierował się w stronę Rzymu.

Tankred nie tylko lubił chodzić, ale również radził sobie z tym świetnie. Był także przyzwyczajony do kilkudniowego niejedzenia. Dlatego szybko i bez większego wysiłku dotarł do przedmieść Rzymu. Słowo “przedmieścia” nie było zresztą zbyt trafne w odniesieniu do tego fragment Wiecznego Miasta, który zobaczył chłopiec. Ruiny budowli, liczących kilkaset lat i od kolejnych kilkuset niszczejące i porastające trawą dziecku przypominały rodzinną wieś. Zaszył się więc w wyglądającej najbardziej swojsko, bo najbardziej zarośniętej norze i przespał się po raz pierwszy odkąd opuścił dom. Mężczyzna – nawet jeśli jest mały – musi mieć swoją norę, w której może się wylizać. Ważne jest przekonanie, że to jego własny kont, własne miejsce i że w nim właśnie jest bezpieczny. Kiedy otworzył oczy, pomyślał, że w tym nowym miejscu stał się niewidzialny. Pomysł ten zaczerpnął z zachowania psów, które w przeciwieństwie do wiejskich uparcie go podgryzających, zupełnie nie zwracały na niego uwagi. Kiedy opuścił ruiny i ruszył w stronę centrum miasta, okazało się, że również ludzie nie zwracają na niego żadnej uwagi. Dopiero kiedy z jednego ze straganów postanowił wziąć jabłko, spostrzegł go właściciel i swoją spostrzegawczość potwierdził kijem, którym pobił do nieprzytomności małego złodzieja, co nie było trudne, gdyż ten jakimś dziwnym trafem odziedziczył słabą głowę po żonie Jana, której przecież nie miał nawet okazji poznać. Nowy oprawca był jednak mniej konsekwentny od starego i litując się, wziął chłopca do siebie.

Adriano, bo tak miał na imię sprzedawca, mieszkał w niewielkiej chatce w całości zbudowanej z materiału pozostawionego przez budowniczych starożytnego centrum świata i jakichś gałęzi. Oczywiście budowniczowie pozostawili nie materiał ale piękne budynki. Dla Adriana i jemu współczesnych właśnie te budynki dostarczały materiału pod ich kurne chaty. Nowy opiekun Tankreda mieszkał sam, bo jakaś zaraza pozbawiła go przed rokiem całej rodziny. Pewnie dlatego w rysach chłopca doszukiwał się podobieństwa z własnymi dziećmi. Poza opłakiwaniem straty zajmował się lepieniem byle jakich garnków i sprzedażą wszystkiego, co posiadało jakąś wartość. Było zupełnym przypadkiem, że w dniu przybycia Tankreda sprzedawał jabłka. Po prostu dzień wcześniej znalazł przypadkowo jakąś zapuszczona jabłoń, do której nikt jeszcze się nie dobrał.

Tankredowi żyło się u Adriana dobrze a w każdym razie dużo lepiej niż u Jana. Nie musiał płaczem płoszyć szkodników a w codziennych pracach odnalazł sporo przyjemności. Dopiero kiedy podrósł, Adriano przypomniał sobie, że mały nie jest jego rodzonym synem i wezwał go do siebie na poważną rozmowę, podczas której zapytał chłopca o pochodzenie. Przygotowany był na jakąś rzewną historię mówiącą o tym jak zmarła cała rodzina Tankreda albo o tym, jak porwali go Żydzi. Tymczasem Tankred zamiast opowiedzieć o Janie i gąsienicach, przypomniał sobie to, co usłyszał od starej zielarki.

- Jestem dziedzicem rzymskiego tronu – powiedział patrząc w oczy Adriana.
- A ja jestem ojciec kurwa święty. Nie strój sobie żartów – powidział Adriano, ale przechwytując głębokie spojrzenie Tankreda zrozumiał, że ten wcale nie żartuje. Podrapał się więc po głowie i zamyślił. Z tego stanu wyrwał go niespodziewany gość. Był nim Maurizio, brat Adriana, który w młodości został mnichem a teraz podróżował do Palestyny, żeby dokonać żywota w miejscu, w którym kiedyś ukrzyżowano Zbawiciela.
- Tylko on ci został? – zapytał gość, kiedy została już zakończona ceremonia powitalna. Słyszał o tragedii, która spotkała brata i myślał, że chłopak jest ocalałym dzieckiem.
- Tak – odpowiedział Adriano – Tylko on.
- Niepodobny do ciebie ani do matki – zauważył Maurizio.
- A dlaczego miałby być podobny? – zapytał Adriano -Tylk pies upodabnia się do właściciela.
- Dzieci nie muszą się upodabniać, bo dzięki boskiej woli już są podobne. Chyba, że matka nie dochowuje czystości. Ale o twojej żonie nie śmiem snuć takich podejrzeń.
- Ale przecież ten tutaj to znajda jest… A właściwie… – Adriano zawachał się – Mówi, że jest dziedzicem tronu rzymskiego. – Słysząc to Maurizio drgnął i jeszcze raz przyjrzał się chłopakowi.
- Taaaak… – Mruknął – Pozwól, że zostanę u ciebie przez jakiś czas.
- Bądź moim gościem. Ale… Skąd ta nagła zmiana planów?
- Istnieje przepowiednia świętej Epifanii, że przed końcem świata w Rzymie pojawi się potomek Remusa, który jak wiemy wspólnie z bratem założył to miasto, ale został przez niego zabity. Potomek sięgnie po koronę i w jego rękach spocznie los świata. – Bracia zadumali się, przyglądając się Tankredowi – Będę go uczył – przerwał ciszę Maurizio.

Kolejne dwa lata spędził Tankred ucząc się czytania i pisania oraz przede wszystkim dyscypliny i modlitwy. Kiedy Maurizio uznał, że niczego już nie nauczy chłopca, odszedł i jeśli miał szczęście zmarł zgodnie ze swoim planem w Palestynie. Tymczasem Tankred po opuszczeniu go przez nauczyciela, poczuł się zagubiony. Maurizio przebywał z nim na tyle długo, żeby nauczyć go czytać, pisać wierzyć, że w życiu są sprawy ważniejsze od lepienia garnków. Ale później zniknął i okazało się to zbyt mało, żeby z Tankreda uczynić samodzielnego mężczyznę. Tankred zresztą we własną samodzielność zwyczajnie nie wierzył. Wszystkie decyzje w jego życiu podejmowali zawsze inni ludzie. Przyzwyczaił się więc do tego i podświadomie takiego właśnie zachowania od innych oczekiwał. Chociaż z drugiej strony bardzo nie lubił, kiedy ktoś narzucał mu swoją wolę. Dlatego właśnie i dlatego, że jego ojczym okazał się być prostym człowiekiem, nie potrafiącym nie tylko zmienić losów świata ale nawet przeczytać jednego słowa, znienawidził Adriana. Bo Adriano był silniejszy ale jednocześnie zbyt słaby, żeby zapewnić bezpieczeństwo. Po odejściu swojego nauczyciela Tankred poczuł, że coś musi zrobić i to uczucie tworzyło presję, z którą trudno było sobie poradzić. Presja rosła wraz ze świadomością, że nie ma pojęcia jak zabrać się za ratowanie świata. Uznał, że musi o tym powiedzieć innym ludziom. Któregoś ranka wyszedł więc na środek targowiska, chrząknął i rozejrzał się wokół. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Sprzedający zachwalali swoje towary, kupujący nie zwracajac uwagi na krzyki sprzedających wybierali to, co uważali na najtańsze albo najlepsze, albo po prostu najbardziej wpadające w oko, psy biegały, dzieci bawiły się w błocie. A przecież on – Tankred miał tym wszystkim ludziom do powiedzenia coś bardzo ważnego, coś co być może uratuje ten pieprzony świat. Chrząknął więc jeszcze raz i znowu poczuł się niewidzialny. Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy był dzieckiem. Ale teraz nawet dzieci nie śmiały się z jego nadgryzionego przed laty ucha. Wrócił więc do straganu i zaczął sprzedawać to, co właśnie do sprzedaży miał Adriano. Nie wątpił, że ludzie zauważają go tutaj tylko dlatego, że patrzą na jabłka, ślimaki i jakieś śmieci wygrzebane wspólnie z Adriano.

Ale właśnie wtedy dostrzegła go Julita. Zwróciła uwagę na dziwną mieszankę inteligentnej powagi i nieporadności. Tankred nie wyglądał jak ci wszyscy silni młodzi mężczyźni dźwigający zgrabnie kosze i dzbany i pogwizdujący za nią. To właśnie go wyróżniało. Podeszła więc do straganu i porosiła o najładniejsze jabłko. Oczekiwała, że Tankred wręczy jej za darmo owoc albo przynajmniej wygłosi jakiś banalny komplement w rodzaju “najpiękniejsze jabłko dla najpiękniejszej dziewczyny”. Ale on w ogóle na nią nie spojrzał. Wręczył pełen parchów owoc i zażądał wygórowanej ceny. Rozłościło to ją tak bardzo, z rzuciła mu pod nogi monetę i nie biorąc jabłka oddaliła się. Za kogo on się uważa? Postanowiła mu pokazać, że niezależnie od tego, kim jest, na nią nie zasługuje.

Następnego dnia pojawiła się na targu umalowana i ubrana piękniej niż na procesję, którą prowadził papież, w której uczestniczyła w ubiegłym roku. Ale Tankred znów nie zwrócił na nią uwagi. I pewnie tak skończyłaby się ich dosyć jednostronna i uboga znajomość, gdyby właśnie w momencie, w którym Julita znowu chciała rzucić pod nogi monetę, nie spadł na nią zupełnie znienacka śnieg. Był sierpień i od czasu papieża Liberiusza nikt latem śniegu się nie spodziewał. Zwłaszcza Tankred, który przestał spodziewać się już czegokolwiek. Dlatego podniósł wzrok i na jedną krótką chwilę zatrzymał go na oczach Julity. Ta chwila wystarczyła, żeby zakochał się bez pamięci. Dziewczyna dostrzegła to spojrzenie i uśmiechnęła się po czym odeszła lekko kołysząc biodrami.

Następnego dnia targowiska już nie było. Nawiązując do tradycji Liberiusza postanowiono w miejscu, w którym spadł sierpniowy śnieg, zbudować bazylikę Matki Bożej Cięższej. Ale Tankred i tak zjawił się na placu i usiadł czekając na Julitę. W dłoniach trzymał kwiaty, które zrywał i pieczołowicie układał w bukiet przez cały poranek. Zrobił to zamiast pomagać Adrianowi w zarabianiu na chleb. Zrobił to, chociaż miał przecież na głowie ważniejsze sprawy. Kiedy myślał o tym i o tym, że Julita zapewne nie zjawi się, narastała w nim złość. Kim jest ta dziewczyna, żeby nim gardzić. Nim – potomkiem Remusa. Wstał więc i odszedł zdecydowanym krokiem. Ale jego organizm szybko uruchomił w sobie mechanizmy autodestrukcyjne. Zaczął się zastanawiać, kim jest, skoro byle dziewka może o nim tak szybko zapomnieć. Miałby być zbawcą świata? On? Zrozumiał, że nikt nigdy do niego nie przyjdzie i nikt nigdy nie będzie na niego czekał tak jak on czekał teraz.

Tymczasem Julita kiedy tylko otworzyła oczy postanowiła pójść na targowisko. Niestety kiedy tylko zbliżyła się do drzwi, rzucił się na nią jej ojciec. Od czasu śmierci matki rzucał w jej kierunku spojrzenia, które coraz bardziej ją niepokoiły. Podobnie jak dotąd patrzył na nią tylko pewien syn bogatego kupca, kiedy podglądał ją podczas kąpieli w Tybrze. Ojciec zawsze był kimś poza tymi spojrzeniami. Teraz jednak już nie o spojrzenia chodziło. Rzucił się na nią i brutalnie zgwałcił a następnie zamknął w piwnicy. Siedziała więc i płacząc marzyła o tym, że uwalnia ją Tankred. Uwalnia i najpierw upokarza a później zabija jej ojca – pierwszego mężczyznę, któremu ufała i który ją tak skrzywdził.

Tankred tymczasem zrezygnował z powrotu do domu i zaczął się bez celu włóczyć po ulicach Rzymu, starając się udawać przed samym sobą, że nie liczy na przypadkowe spotkanie z piękną dziewczyną. Kiedy zabrnął w rejony, w których nigdy nie był i po raz pierwszy z życiu odkrył w sobie lęk przed zgubieniem się, usłyszał dobiegający spod jednego z budynków szloch.
- Bardzo dobrze – mruknął do siebie – To z pewnością jest kobieta, która mnie doceni. Ukucnął przy niewielkim otworze w dolnej części ściany, z którego dobiegał płacz, płoszący wszystkie robaki w okolicy. – Dlaczego płaczesz? – Zapytał. Ale odpowiedzią była głucha cisza, która przerwała płacz. Kiedy już chciał wstać z otworu dobiegło żądanie bardziej niż prośba.
- Uwolnij mnie.
- Ale… jak?
- Po prostu uwolnij – powtórzył głos jeszcze bardziej stanowczo. – Albo odejdź i nigdy nie wracaj.

Tankred nagle poczuł się kimś innym. Kimś, kogo nie znał. Po raz kolejny tego dnia wstał. Ale tym razem zrobił to naprawdę i zdecydowanym krokiem obszedł wokół budynek. Kiedy znalazł się przed drzwiami, otworzył je gwałtownym ruchem uderzając w coś twardego. Odruch kazał mu uciekać. Ale zamiast ucieczki, zdecydował się jeszcze raz pchnąć drzwi. Coś je blokowało, ale udało mu się je otworzyć. Kiedy ostrożnie wszedł do środka i przyczaił swoje oczy do panującego mroku, dostrzegł leżącego w izbie i jednocześnie w kałuży krwi mężczyznę. Tankred nie wiedział skąd wzięła się izba ale miał pewność, że krew pochodzi z pękniętej czaszki mężczyzny. Pękniętej, bo przez Tankreda uderzonej drzwiami. Lęk podpowiadał Tankredowi a nawet krzyczał w nim, żeby uciec jak najszybciej i jak najdalej, ale przede wszystkim paraliżował. I kiedy paraliż zaczynał przegrywać z krwią, która z siłą zdwojoną adrenaliną wdzierała się we wszystkie zakamarki tankredowego ciała spod kufra stojącego w rogu izby rozległo się pukanie. Dopiero wtedy Tankred przypomniał sobie, po co w ogóle tu przyszedł. Podbiegł do kufra, odsunął go i pomógł wyjść Julicie, która patrzyła na niego z rosnącym zachwytem. Po chwili rzuciła mu się na szyję. I stało się tak, że razem wyszli z budynku i poszli przed siebie, rozmawiając o wszystkim i o niczym, co chwilę zmieniając temat. W końcu Takred opowiedział Julicie o Remusie i swoim przeznaczeniu, i o tym, że teraz to dla niego nie jest ważne, bo znalazł ją.
- Nie pozwolę, żebyś przez mnie z czegoś rezygnował. Zresztą mężczyzna, który rezygnuje ze swojej wielkiej przyszłości, nie jest mężczyzną – powiedziała, odwróciła się i odeszła. Tankred chwilę stał i patrzył na nią nie rozumiejąc zbyt wiele z tego, co powiedziała.
- Czekaj – krzyknął w końcu i pobiegł za nią. Kiedy już ją dogonił, padł na kolana i powiedział – Nie rezygnuję z niczego. Ty jesteś wszystkim.
- Spojrzała na niego z lekkim niedowierzaniem i otarła łzy wierzchem dłoni. I żyli.