Romans I

 
Rozdział I, w którym telefon pomaga wykorzystać pomyłkę, do której by nie doszło bez niego
– Tak – potwierdziłem. – Tak – zaakceptowałem regulamin, wpisałem kod otrzymany SMSem i jeszcze raz potwierdziłem. Wszystko po to, żeby zasilić swoje konto – tym razem telefoniczne, żeby móc napierdalać SMSy i napierdalać przez telefon oralnie. Bez sensu taki układ, ale co zrobić. Po chwili oczekiwania na SMSa z informacją o doładowaniu zacząłem się niecierpliwić. Niecierpliwienie mój organizm przetwarza w działanie szybciej niż zbędne węglowodany w tłuszcze. Tak już mam. Ale działanie niestety nie zawsze mój organizm potrafi powiązać z logiką. Dlatego zrestartowałem telefon, myśląc, że może coś zwisło i nie ma informacji o nowych SMSach. Oczywiście restart – tak skutecznie rozwiązujący większość problemów technologicznych XXI wieku – tym razem nie pomógł. Kliknąłem więc na przelewy oczekujące. Oczywiście nie znalazłem tam niczego godnego uwagi. Niczego niegodnego – nawet uwagi, również nie znalazłem, bo lista przelewów oczekujących była pusta. Ktoś mógłby powiedzieć, że jej nie było w ogóle. Ja będę się trzymał swojej wersji – była, ale pusta. Spojrzałem na ostatnie operacje, kliknąłem na szczegóły i zakląłem. Pomyliłem jedną cyferkę i całe 5 dych poszło się jebać, a mi do roli świętego Mikołaja brakowało tylko białej brody, czerwonej czapki i czerwonych stringów na czerwonej dupie. No i pewnie jeszcze jakichś świąt, w które Mikołaj zakłada czerwone stringi i rozdaje fanty.
Powtórzyłem więc całą operację jeszcze raz. Tak – zaakceptowałem regulamin, wpisałem kod otrzymany SMSem i jeszcze raz potwierdziłem… Nawet najbardziej skomplikowane procedury nie uchronią przecież nikogo przed własnym debilizmem. Im częściej system będzie mnie zmuszał do czytania jakichś regulaminów, ostrzeżeń i pouczeń, tym rzadziej będę je czytał. Nie wiem, czy to taki zupełny automat, stworzony po to, żeby unikać powtarzania operacji, czy jakaś próba udowodnienia samemu sobie, że się nie jest debilem. Ale skoro wysyłam kasę nieznanym mi ludziom, to chyba jednak jestem debilem. Przedarłem się więc przez te wszystkie zabezpieczenia antydebilne, zhackowałem je i chuj. Tym razem SMS informujący o zasileniu przyszedł do mnie.
Kierowałem wszystkie emocje na siebie i zaśmiałem się w sobie sam z siebie. A później włączyłem wyobraźnię. Może właścicielem numeru, na który wysłałem kasę jest jakąś fajną dupą, może to okazja, żeby ją poznać… Przeważnie wyobraźnię trzymałem z dala od rzeczywistości. Tym razem jednak coś mnie zachęcało, coś mówiło – “Sprawdźmy, sprawdźmy” i merdało do mnie ogonkiem, a nawet robiło salta. No więc sprawdziłem. Sięgnąłem po telefon i napisałem: “Czesc. Chyba przez pomylke zasililem Twoje konto”. Odłożyłem telefon, mówiąc sobie, że żadna odpowiedź nie nadejdzie. A jednak co chwilę zerkałem na niego z nadzieją, że przegapiłem, że nie usłyszałem dźwięku sygnalizującego nadejście SMSa.
Żeby zająć się czymś innym i wyzbyć się mrzonek, spojrzałem za okno. Szare chmury unosiły się na tle bladej czerwieni zachodzącego słońca. Może i pięknie, może zajebiście, ale co z tego? – mruknąłem do siebie i pociągnąłem mały łyk piwa prosto z puszki. Nie lubiłem pić z puszek, bo dotykałem w ten sposób ustami powierzchni, która cały czas była odkryta. Przecież ta puszka, zanim dotarła do mojej lodówki, przeszła przez wiele rąk. I co te ręce z nią robiły? A co robiły wcześniej same z sobą? Co innego butelka. Butelka posiada jakiś aluminiowy kołnierzyk, a przede wszystkim kapsel. To znaczy, że szyjka butelki w miejscu, którego dotykają usta, jest czysta. Kiedyś dostałem rumuńskie piwo w puszce, które miało założony kołnierz podobny do tego, który jest na butelce. Pijąc z takiej puszki też ma się pewność, że jest czysta. Ale przecież z butelki, ze szkła smakuje lepiej… Nie wiem dlaczego, pijąc piwo przypomniałem sobie smak brukwi pieczonej wprost na piecu. Bardzo ją lubiłem i nie rozumiałem, dlaczego nie lubił jej mój ojciec. Kiedy ją piekliśmy, mamrotał coś pod nosem i wychodził z domu. Teraz myślę, że za bardzo przypominała mu wojnę i czasy, kiedy niewiele innego poza brukwią mógł jeść. Z brukwiano-wojennych rozmyślań wyrwało mnie znajome plumknięcie. Sięgnąłem po telefon i przeczyłem SMSa.
– Czesc. Myslalam, ze ktos mi zrobil prezent imieninowy :) – Czyli jednak kobieta. Pomyślałem. A skoro kobieta to można chyba poflirtować… Mój boże, co za słowo. Pościemniać trochę można, czy co… Sprawdziłem na Wikipedii, kto ma dzisiaj imieniny. Przy okazji dowiedziałem się, że na Haiti swoje święto obchodzą siły zbrojne – ciekawe, czy szkoleni są do stosowania voodoo, w kościele katolickim wspomnienia obchodzi – cokolwiek by to znaczyło – bł. Karolina Kozkówna, a w 1655 rozpoczęło się szwedzkie oblężenie Jasnej Góry, dające Kmicicowi szansę na spalenia boczku.
– Wszystkiego najlepszego, Agnieszko? – Wybrałem to imię, bo było najpopularniejsze wśród dostępnych. Poza tym ktoś kiedyś powiedział mi, że w życiu każdego mężczyzny była jakaś Agnieszka. W moim jeszcze nie było. Może czas to zmienić – uśmiechnąłem się. Cała ta zabawa zaczynała mnie na swój sposób kręcić. Zastanowiłem się, czy ten SMS jej nie zniechęci.
– Raczej Karolino :) Ale dziekuje :) – Pomyślałem, że teraz odezwała się być może jej kobieca duma i chęć podkreślenia swojego ja. Bo przecież jest Karoliną, a nie jakąś pospolitą Agnieszką.
– Cała przyjemnosc po mojej stronie, Karolino. I przepraszam Cie za pomylke. Gdybysmy mieszkali w tym samym miescie, z pewnoscia bieglbym teraz do kwiaciarni, zeby Cie przeprosic i poprawic zyczenia. – Tym razem chciałem dowiedzieć się czegoś jeszcze.
– Poprawic zyczenia? Hihihi. Kiedys mezczyzni nie przejmowali się odleglosciami ;)
– Rozbawiłem ją, więc nie jest źle.
– To prawda. Ale musieli znac miejsce. Skad mieszkasz?
– Zaciskałem pętlę. Przecież nie będę SMSować w nieskończoność z jakąś dupą, nawet jeśli ma imieniny. Wóz albo przewóz.
– Stad nie widac :) Ale teraz jestem w Chelmnie. – Chełmno – miasto zakochanych. Uśmiechnęłam się. Jest kolejny wątek…
– Niemozliwe! Tez tu jestem. Moze to przeznaczenie? :) – Skłamałem. Ale byłem na tyle blisko Chełmna, żeby się nie przejmować odległością.
– Nie wierze w przeznaczenie. – Bo jesteś kobietą małej dupy? Znaczy wiary?
- Ja tez nie wierze. Ale…
– Ale co?
– Ale czuje się zobowiazany. Moze banalnie o 15:00 kolo laweczki zakochanych?
– Szybki jestes…
– Poznasz mnie z daleka. Bede mial lososiowe roze, zielona czapke i brazowa kurtke. Jesli nie bedziesz chciala, nie podejdziesz do mnie i przyslesz mi SMSa, zebym nie czekal jak debil. – Pisząc to, poczułem się dziwnie. Nie chodziło nawet o to, że przecież miałem kogoś, że właśnie zacząłem bliższą znajomość, coś, co mogło się przerodzić… Miałem wrażenie, że przesadziłem i odpowiedzi się nie doczekam. I rzeczywiście przez dłuższą chwilę telefon leżał spokojnie na biurku. W końcu zadzwonił. Przestraszyłem się lekko i zawahałem na chwilę…
– Cześć – usłyszałem w słuchawce bardzo przyjemny, ciepły kobiecy głos.
- Cześć – odpowiedziałem, starając się ukryć emocje.
– Postanowiłam zadzwonić, bo w końcu i tak 5 dyszek mam dzięki tobie.
– Cała przyjemność po mojej stronie. Chciałbym popełniać tylko takie błędy.
– Słuchaj… – powiedziała. Jej głos też zaczął zdradzać zdenerwowanie. – Nie mam w zwyczaju umawiać się na randki w ciemno. I chcę, żebyś o tym pamiętał. Ale musisz wiedzieć coś jeszcze. Spotykając się ze mną, możesz wpakować się w problemy, o jakich nawet nigdy byś nie pomyślał. Spotkamy się, jeżeli zgodzisz się na ryzyko.
– To mi przypomina zaakceptowanie jakiegoś regulaminu. Jak przed zasileniem konta – zażartowałem.
– I jest jeszcze bardziej poważne. Zatem?
– Oczywiście wchodzę w to. Piętnasta?
– Czternasta.
– Nie zapytasz mnie o imię? – Masz na imię Marcin.
– Skąd wiesz? – Wiem sporo – jej głos nabierał cech tajemniczości i trochę przez to odpychał, a trochę zachęcał jeszcze bardziej. – Nie musisz mieć kwiatów, wiem jak wyglądasz. Ale sam będziesz mógł się do końca wycofać. Poznasz mnie po puszce coli zero i czerwonym parasolu w groszki. Poczułem zadowolenie. Z własnego spełnienia. Jako samca, który posługując się słowem, potrafił zachęcić jakąś dziewczynę do spotkania z sobą. W tym momencie nie miało znaczenia, jak ta dziewczyna wygląda. Ona zresztą też nie wiedziała, jak wyglądam ja. I dlatego to było cenne. Umiem ściemniać laski. Ale czy to rzeczywiście było ściemnianie? Przecież posłużyłem się słowem. A ja wierzę w słowo. Nie dlatego, że dostawałem to, co ktoś mi obiecał. Nie dlatego, że nikt mnie nie okłamywał. Wierzę w słowo, bo znam jego siłę. We wczesnym dzieciństwie prześladowało mnie wspomnienie jakiegoś słowa powiedzianego przez moją matkę. Ale nie znaczenie tego słowa. Jego nie pamiętałem. Czasem nie musimy słuchać znaczenia słów. Czasem to znaczenie jest nieważne, żeby słowo czuć. Pamiętałem ton, którym zostało powiedziane. Pamiętałem ten zły głos. Lekko stłumiony, jakbym słyszał to jeszcze przez jej tkanki, jakby trafiło do mnie inną drogą, 7 jeszcze w życiu płodowym. Albo jakbym je usłyszał podczas narodzin razem z krzykiem, z tym całym kurwa bólem. Może przez tamto słowo jest moja wiara, może przez to czasem za dużo gadam, a może dorabiam ideologię. Nie wiem. Ale taki jestem.