Romans XXVIII

 

Rozdział XXVIII, w którym jesteśmy w centrum

Szedłem, zastanawiając się, czy nie powinienem zawrócić. Wróć! Nie zastanawiałem się, ale chciałem zawrócić. Wróć! Nie chciałem iść. Nie chciałem się znowu męczyć. Mógłbym przecież obejrzeć jakiś film, napić się piwa albo zwyczajnie wyspać się. Potrzebowałem snu i odpoczynku. Poza tym, nigdy nie rozumiałem idei spotykania się w centrach handlowych, wśród setek tak samo spotkanych ze sobą ludzi i przez to mijających się właśnie wśród gwaru, krzyków i stoisk z kosmetykami jakiejś firmy na I albo Ź, albo CHW. Dlaczego ludzie to robią, zastanawiałem się, czekając jak kretyn obok cukierni, przy której się umówiliśmy. Oczywiście ona nie jadała słodyczy. I pewnie dlatego chciała ulec mojej propozycji, mojemu zaproszeniu, na przykład na lody. Bo to ostatni raz, bo skoro nalegam, ale przecież nie powinnam, czy myślisz, że jestem za gruba…

- Jak się masz? – To samo pytanie powarzane jak mantra zaczynało mnie drażnić. Być może w jej świecie zakochani posługują się jakimś szyfrem, jakimiś zwrotami, które znaczą coś więcej, niż trzy słowa i pytajnik. Być może w jej świecie tak trzeba mówić, bo tak robiły jej koleżanki z gimnazjum z liceum czy innych szczeniackich instytucji, w których ludzi łamie się bezboleśnie, bo niezauważalnie dla nich samych, ale jakże skutecznie, bo zauważalnie, dla tych, którzy połamania uniknęli. Być może tak mówi siódme przykazanie zakochanych fanek Justina Biebera albo ustęp drugi na lewo, paragraf piąty ustawy o języku fanek Bravo Girl. W dupie to mam. Tyle powiem.
- Się nie mam. W ogóle nic nie mam.
- Słucham? – Chyba nie zrozumiała.
- To dobrze. Bo odpowiadam na twoje pytanie.
- A czy czasem twoje odpowiedzi mogłyby zawierać odpowiedź?
- A jakiej odpowiedzi oczekujesz?
- Szczerej.
- Szczerej odpowiedzi, która będzie powtórzeniem Twojego pytania, które o nic nie pyta? – Coś jakby cień chmury, ale nie burzowej tylko takiej smutnej późnojesiennej przebiegł przez jej twarz, przez jej oczy. Nie, nie może mnie na to złapać. Nie mogę kolejny raz okazać się frajerem.
- Wiesz, czego kobieta oczekuje od mężczyzny? – ugryzłem się w język, chcąc powiedzieć coś o drogich zakupach i wielkim fiucie i o tym, że kobieta, ale ona właśnie. Postanowiłem przyjąć cios. Nie warto się szarpać, nie warto się kłócić. – Zdecydowania – odpowiedziała sama, widząc bardziej, niż słysząc moje milczenie. – Zdecydowania – powtórzyła, uznając najwyraźniej te słowa za ważne i godne podkreślenia. – W podejmowaniu decyzji i w udzielaniu odpowiedzi na pytania. A ty zwyczajnie nie umiesz powiedzieć, że białe jest białe i będziesz doszukiwał się odcieni szarości. Wiemy, że świat nie jest czarno-biały, że wszystko jest szare, ale od mężczyzny, który jest dla nas ważny oczekujemy czasem właśnie takiej czarnobiałości, rozumiesz?
- Masz rację. Nie chciałem powiedzieć niczego złego. Przepraszam – powiedziałem, czując jak ogrania mnie zmęczenie i rezygnacja, rezygnacja z siebie przy niej.
- Nie przepraszaj. Po prostu dorośnij i pokaż czasem, że masz jaja.
- A co, nie widziałaś? – postanowiłem obrócić trudną rozmowę w żart.
- Wkurwiasz mnie, wiesz – Zabolało. Bardziej ton. – Bo właśnie o tym mówię, o dorosłości. – Chmura, ciągle rzucająca cień na jej twarz rozpoczęła wędrówkę ku cieplejszym porom roku, gęstniejąc i nabierając wigoru i niestety burzowych kształtów. – I o to, że starasz się zbagatelizować moją poważną rozmowę. – Zapadła cisza. Chyba powinienem coś powiedzieć. Ale, kurwa, co? Że ją kocham? Nie, nie kocham jej i nawet nie zależy mi na tym, żeby tak myślała. Że ma rację? Nie ma racji i w dupie mam to, kto ją ma. Tak samo jak to, co ktoś inny ma w dupie.
- Przepraszam – wydukałem w końcu. – Nie myślałem o niczym złym.
- Wiem, wiem… – powiedziała, odpędzając z wysiłkiem chmurę. – Jesli chcesz odpokutować, kup mi torebkę.
- Kurwa – coś we mnie krzyknęło. Ale rzeczona kurwa zachybotała się gdzieś w połowie drogi pomiędzy organem krzyczącym, a krtanią, nie rozkładając nawet nóg. – Kurwa – znowu coś krzyknęło. – Odpokutować? Mistrzyni obrządku spowiedzi się znalazła? Mam odpokutować za jej debilizm? – Jasne – odpowiedziałem z ulgą, którą przy odrobinie dobrej woli mogła uznać za radość. Zresztą, nawet jeśli dobrze odczytała… Ulgę też mogła odebrać pozytywnie. Poszliśmy więc do jakiegoś sklepu z torebkami. Pierwsza była fajna, druga była koszmarna, trzecia była fajna, a wszystkie kolejne były już takie same, jak pierwsza i druga. Kiedy pokazała mi kolejną torebkę, pytając, co o niej myślę, odpowiedziałem szczerze – Wkurwia mnie.
- Co cię wkurwia? Zakupy ze mną?
- Nie, nie zakupy. Torebka mnie wkurwia.
- Ale co? Kiepska jest?
- Nie. Fajna jest.
- Ale nie podoba ci się?
- Podoba.
- To o co chodzi?
- O to, że mnie wkurwia. – Spojrzała na mnie jakoś inaczej. A może to ja byłem już inny i dlatego inaczej jej spojrzenie przyjąłem. Cholera wie. Wyszliśmy, nie kupując niczego.
- Pojedziemy do ciebie? – zapytałem, znając odpowiedź i świadomie wybierając pytanie, na które trudniej jej będzie odpowiedzieć. Bo przecież trudniej nie przyjąć zaproszenia, niż nie przyjąć gościa. No chyba, że gość przynosi Strażnicę, więc z mlekiem naszej matki wypiliśmy do niego nienawiść. Ale ja nie mam żadnej jebanej Strażnicy ani innego równie jebanego pisma. I nawet luster nie sprzedaję. Zatem liczę na to, że trudno jej będzie odpowiedzieć i… mylę się.
- Nie mogę. Musze jeszcze coś załatwić.
- To może załatwię z tobą? – Już nie uwodzę, nie walczę nawet. Zwyczajnie przepycham się.
- Dziękuję. Poradzę sobie.
- Tu nie chodzi o to, czy sobie poradzisz…
- Ach tak – sarkastycznie udaje zaskoczoną, po czym dodaje. – Autobus zaraz mi ucieknie. – I biegnie do wyjścia. Nie biegnę za nią. Zostawiła mnie.