O niczym I

 

Lata dzieciństwa, edukacji, pracy i małżeństwa uczą nas ślepej wiary, że nasze życie ma sens. To taki mechanizm obronny naszego mózgu, który stara się zmusić ciało do kolejnego wysiłku, o którym przecież wiemy, że jest bezsensowny. Ale mówimy sobie jeszcze rok a skończymy szkołę, wyrwiemy się, jeszcze kilka miesięcy a dostaniemy podwyżkę i wyjedziemy na wczasy do Bułgarii. No pewnie, że kiedyś wyjedziemy na te wczasy i będziemy prażyć dupsko nad ciepłym morzem albo może nawet popłyniemy promem na Bornholm, żeby to samo dupsko posadzić na siodełku wypożyczonego roweru. Tylko… co z tego wynika? Jaki jest w tym sens? Przestajemy myśleć o nim i o planach na życie, gubimy to wszystko… Aż w końcu dożywamy starości, spoglądamy wstecz i okazuje się, że gdzieś to wszystko przeciekło. Tak naprawdę chcielibyśmy chociaż jeszcze raz na ten Bornholm albo chociaż dobrze podupczyć, ale nie mamy już sił. I wtedy nasz mózg znowu przychodzi nam z ratunkiem. Tym razem już szczerym. Dostrzegamy sens naszego życia w naszym potomstwie. Bo nie oszukujmy się – tak nas ukształtowała ewolucja, że jedynym prawdziwym celem naszego życia jest pozostawienie w przyrodzie naszego własnego materiału genetycznego. A cała reszta, wszystko co robimy – jest tylko drogą do osiągnięcia tego celu.

Czasem jednak droga jest ważniejsza niż cel. Droga artysty, który wybrał sztukę, bo kiedyś jego przodek malując coś na jaskini zapłodnił jakąś kobietę, nie musi przecież zaprowadzić go do posiadania wielodzietnej rodziny. Droga księdza, który daje upust swoim żądzom częstując winem i obmacując ministrantów na zakrystii nie zasługuje na potępienie dlatego, że nie prowadzi do radosnej prokreacji. Dzięki ewolucji otrzymaliśmy wolną wolę. Chcieli nas jej pozbawić bliskowschodni baśniopisarze i rodzimi twórcy państwowości. Ale przecież lepiej jest nie pozwalać się oszukiwać własnemu mózgowi ani teraz ani na łożu śmierci. Kiedy nadejdzie ta chwila, nie chcę niczego żałować. Chcę powiedzieć “kurwa, to było dobre życie”.

Zastanawiałem się kiedyś nad świadomością życia u zwierząt. Bo przecież w naszym dorastaniu jest ta chwila, kiedy zaczynamy się zastanawiać, dlaczego ja to ja i co to “ja” właściwie znaczy. Czy podobnie maja na przykład psy? Zawsze bardzo je lubiłem. I chyba nie ma w tym nic dziwnego. Zresztą wystarczy zastanowić się w ilu książkach psy występują albo jako główni bohaterowie, albo przynajmniej jako ulubieńcy bohatera czy narratora. Zdarzają się jednak psy wyjątkowe – odmienne, nielubiane. Dla mnie przez jakiś czas był nim pies mojego kolegi, syna tego samego drwala, który usiłował mnie wyswatać ze swoją córką. Dla drwala byłem zresztą ostatnią szansą, żeby się bliżej związać z ulubionymi sąsiadami. Najpierw swojego najstarszego syna usiłował wyswatać z moją najstarszą siostrą. Ta jednak nawet nie spojrzała na gówniarza od siebie młodszego. Kiedy moja najstarsza siostra wyjechała kształcić się, drwal zauważył, że moi rodzice mają jeszcze jedną córkę, która szczęśliwie jest od jego syna młodsza. I kiedy pewnie już wydawało mu się, że małżeństwo jest w zasięgu ręki, moja druga siostra również wyjechała. I dopiero wtedy zaczął dostrzegać mnie. Nie było to dostrzeganie dla mnie miłe, bo drwal przeważnie był jak na drwala przystało pijany jak świnia – dzika, leśna świnia oczywiście – a poza tym nie nosił zębów. Nie o to chodzi, że nie miał. Miał i zakładał je kiedy we wsi był odpust. Ala na co dzień – nie nosił. Za cholerę nie umiałem go więc zrozumieć. Tylko jedno zdanie pojawiało się tak wyraźnie, i tak dobitnie, że znienawidziłem go tym bardziej. “Somsiot, a ty sie chybo na mie gniewosz”. Stachu drogi, a jakżesz mógłbym się na ciebie gniewać? Po prostu mnie wkurwiałeś…