Romans V

 

Rozdział V, w którym staram się coś odnaleźć

Wyjąłem z kieszeni komórkę i spojrzałem na zegarek. Spóźnię się pewnie, jak zwykle. Kurwa, czy ja zawsze muszę się spóźniać? Przecież wystarczyłoby, żebym wstał od kompa 5 minut wcześniej i zdążył na wcześniejszy autobus. Jak to robią inni, że zawsze mają tyle czasu, żeby zdążyć tam, gdzie chcą? Wszedłem w alejkę, prowadzącą do parku. To jeden z pomysłów radnych, którzy wykombinowali sobie, że na Boże Ciało procesje będą się odbywać w wiosennej scenerii. Przeorano więc na oko półkilometrowy odcinek ruchliwej ulicy i posadzono w dwóch szpalerach jakieś fikuśne odmiany drzew, które miały przypominać palmy czy brzozy. Nazwano to rewitalizacją. Dopiero później podjęto decyzję o poszerzeniu innej ulicy, żeby pomieścić samochody. Kierowcy oczywiście klęli, żule i właściciele psów srających cieszyli się, a miejscowy pleban olał alejkę i procesje robił gdzie indziej. Albo nie robił wcale. Chuj go wie. Tak czy inaczej, na wiosnę alejka była zabójczo, więc pospolicie piękna. Drzewka okazały się nie być brzozami i kwitły kwieciem biało-wrzosowym, które niechętnie ustępowało pola głębokiej zieleni liści.
Ale dzisiaj był listopad. Ja wiem, że normalni ludzie mówią „dzisiaj jest czwartek” albo, kalecząc mowę ojczystą – „dzisiaj jest pierwszy wrzesień” i takie tam różne. Dla mnie dzisiaj był listopad. Bo codziennie rano albo wtedy, kiedy wstawałem, odkrywałem, jaki jest miesiąc, albo nawet którego roku ten miesiąc jest częścią. Czasem, kiedy wcześniej nie patrzyłem za okno, odkrycia dokonywałem dopiero po wyjściu z domu, trzęsąc się z zimna albo pocąc. Dla kogoś normalnego to są pewnie rzeczy niepojęte. Moje pojęcie czasu niestety tę niepojętość rzeczy uważało za naturalną. Naturalną, ale cholernie niewygodną. Myśląc o tym, znowu nerwowo spojrzałem na komórkowy zegar. A później wzrok przeniosłem na szpalerowe drzewa. – Listopad, listopad, kurwa, listopad – powtarzałem w myśli, myślom pozwalając poruszać niemo ustami. Cała moja konsternacja wzięła się stąd, że drzewa – wszystkie tak samo, jak na szpaler przystało, obsypane były tymi samymi biało-wrzosowymi kwiatami, które pojawiały się na nich dopiero wraz z wiosennym słońcem. Te dzisiejsze nie odbijały światła wiosennego słońca, więc wyglądały nieco inaczej. Nieco inaczej wyglądała też cała sceneria, bo pozostałe drzewa jeszcze starały się trzymać gałęziami rzadkie liście. Więcej liści gniło na betonowej kostce. Wszystko wokół tonęło w szarym wilgotnym półmroku, który nawet do mnie wołał „listopad, listopad, kurwa, listopad”. – Jeszcze tego brakowało, żebym zaczął myśleć o jebanych kwiatkach zamiast o cipkach – mruknąłem, przyspieszając kroku.

Aldonę znałem od dawna. Była zdaje się siostrą jakiegoś znajomego, z którym dawno straciłem kontakt. Pojawiała się podczas jakichś spotkań przy piwie, czasem nasze wózki przypadkowo stykały się w marketach. Ale nigdy nie działo się nic, co mogłoby wskazać na to, że spotkamy się tak po prostu dla siebie. Właśnie tak jak dzisiaj. Ale podczas któregoś przypadkowego spotkania zażartowałem, że skoro tak się znamy musimy razem się gdzieś wybrać. Teraz myślę, że wszystko co się wówczas działo w połączeniu ze zbliżającą się wiosną pobudziło mnie na tyle, że rzuciłem się z nadzieją na pierwszą spotkaną ładną kobietę. Teraz myślę, że byłem wobec niej nieuczciwy. Bo przecież nigdy jej nie kochałem.
Ale wtedy myślałem inaczej. I chyba dlatego zdążyłem. Punktualnie jak nigdy w życiu. Ale kiedy zadowolony z siebie, podszedłem do niej, zauważyłem, że jest jakaś spięta.
- Wszystkim swoim dziewczynom kazałeś na siebie czekać? – zapytała, uśmiechając się. To nie był szczery uśmiech. To był uśmiech, który miał mnie oszukać, pokazując, że wcale jej nie zależy, że nie obchodzą ją moje poprzednie dziewczyny. A ja wiedziałem, że to nie jest zwykłe jej spięcie. Była wkurwiona.
- Przepraszam – powiedziałem, wiedząc, że godzina i moja punktualność są bez znaczenia, skoro ona była wcześniej. – Jesteś pierwszą, dla której chcę być punktualny – skłamałem. Uśmiechnęła się trochę bardziej naturalnie.
Posiedzieliśmy i pogadaliśmy. Tak normalnie i spokojnie. Nie czułem potrzeby rzucania się na nią i po raz pierwszy od dawna nie czułem w ogóle napięcia. Było fajnie i spokojnie. Wspominaliśmy wspólnych znajomych, dziwiąc się, że mamy ich aż tak wielu. Bez iskier. Trochę jak brat i siostra. A jednak z jakąś nadzieją na coś więcej skoro umówiliśmy się na kolejne spotkanie.