sala_samobojcow

 

Wolę notację wielbłądzią, ale ona raczej do Sali nie pasuje. Bo o czym jest ten film? Skoro zadaję takie pytanie to znaczy, że się czepiam i obiektywny nie będę. Bo przecież film nie musi być o czymś. Znam takie, które są o czymś i są złe i takie, które są o niczym i są prawdziwymi arcydziełami. Dlaczego więc teraz zadaję to pytanie? Bo Sala stara się być o czymś. Stara się coś powiedzieć, być może nawet przed czymś ostrzec. Gdybym był mądry i pisał mądre zdania, pewnie napisałbym, że film przedstawia zagrożenia rozpadu podstawowej komórki społecznej płynące ze zbytniego zaangażowania w życie zawodowe i wirtualne. Ale to by oznaczało, że cały przekaz zawarty w Sali jest truizmem.

Może więc chodzi o przedstawienie demonicznej strony Internetu. Już nawet nie tej, w której internauta ogląda pornografię i pije piwo, ale tej, która z człowieka robi nie nerda ale zwykłe zombie i wysysa mu mózg. Problem z tą wizją jest taki jak każdą inną ślepą wiarą. Przecież już w 1973 roku Efrem Lipkin, Mark Szpakowski i Lee Felsenstein swoim Community Menory – swojego rodzaju Internecie bez Internetu – pokazali, jak pozytywny wpływ na komunikację międzyludzką może mieć komputer. Oczywiście musiało jeszcze minąć parę dekad a przez świat od Seattle po Teheran musiały jeszcze przetoczyć się tysiące protestów organizowanych ludzi, którzy porozumieli się przez Internet, żeby socjologowie i dziennikarze zrozumieli, że Śieć sama w nie jest zagrożeniem, ale narzędziem, które może ułatwić kontakty. Ale teraz ich obawy mamy już chyba za sobą. Czy więc Sala jest po prostu spóźnionym głosem sceptyka?

Jest jeszcze jedna możliwość. To po prostu dramat, historia dorastającego chłopaka, który nie radzi sobie w kontaktach ze społeczeństwem. Nie kupuję tego nie tylko dlatego, że trzeba być Polańskim i mieć swoją Deneuve, żeby zrobić to dobrze. Nie kupuję, bo w ogolonej buzi i farbowanych włosach Dominika gubi się realizm, który powinien śmierdzieć z jego zamkniętego pokoju. Nie kupuję, bo to samo kłamstwo czai się w Pieczyńskim, który skutecznie niszczy Internet rzucając routerem D-Linka. Dominik nie ma już przecież telefonu ani innych możliwości. Tak, czepiam się, bo zamiast realizmu zobaczyłem jakąś siermiężnie produkowaną przez rok parodię Socond Life. I po co? Żeby pokazać, że wirtualny świat stał się dla Dominika piękniejszy?

Jest jednak kilka plusów. Jest mocne zakończenie ze śmiercią nagraną komórką. I jest przyzwoita gra Kuleszy i Gierszała. No i jest szansa, że Komasa nakręci jeszcze coś naprawdę dobrego.