Kuk i chronometr

 

Rzeczy się nie dzieją, pozostawiając wszelką procesowość zjawiskom. A jednak dla zachowania czy może bardziej wyeksponowania stylu z tą było inaczej. Zatem rzecz działa się w czasach, kiedy na tronach siedzieli królowie a o ich ścinaniu ich głów myśleli tylko niektórzy literaci. Jednym z ówczesnych celebrytów był Jakub Kuk. Od dzisiejszych różnił się tym, że sławę zdobył głównie robiąc to, co umiał w życiu najlepiej – żeglując i rysując mapy. Oczywiście, żeby tak sobie życie ułożyć – to znaczy robić to co się lubi, mieć kasę i sławę, musiał przejść długą drogę. Był synem najemnego chłopa. Bycie chłopem w tamtych czasach wcale nie oznaczało bycia biednym. Ale bycie najemnym chłopem – już tak. Staremu Kukowi udało się jednak awansować i zostać zarządcą jakiegoś gospodarstwa. A młody Jakub rozpoczął pracę na statku. Szybko zmieniał jednostki i jeszcze szybciej awansował. Zawdzięczał to nie tylko swojemu talentowi ale również temu, że zamiast trafić do tłamszącej państwowej szkoły trafiał na ludzi, którzy potrafili go docenić. Dzięki temu nauczył się nawigacji i astronomii.

Kiedy już wziął udział w jakichś wojnach i został porucznikiem, Kuk stał się szefem wyprawy, która miała popłynąć na południowy Pacyfik, żeby dokonać obserwacji Wenus, przesuwającą się pomiędzy Ziemią a Słońcem. Gdyby Wenus była większa albo znajdowała się bliżej Ziemi, spowodowałaby zaćmienie. A tak zainteresowała tylko paru astronomów. Zamiast dokładnych pomiarów wyprawa przywiozła wieści o Australii oraz kangurach. Istnienie Aborygenów starano się przemilczeć, uważając ich za chwilowy kaprys natury. Sami Aborygeni z odkrycia nie zdali sobie sprawy a niespodziewanych intruzów nie przyjęli przyjaźnie. Anglicy zauważyli z zadowoleniem, że większy szacunek od prezentów na Aborygenach budzi salwa oddana w ich kierunku.

Kuk był ceniony przez swoich podwładnych. A każdym razie tak mówił sam. Podobno matką sukcesu była kiszona kapusta. Dzięki niej marynarze nie chorowali na szkorbut i zostali w pełnym składzie zachowani dla malarii. Oczywiście ani odkrycie Australii, Aborygenów i kangurów, ani sympatia marynarzy nie dałyby Kukowi sławy. Dlatego wzorem Cezara musiał zadbać o swój wizerunek. Nie było radia ani telewizji z debilnymi teleturniejami, więc musiał wybrać bardziej tradycyjne media. Napisał pamiętniki, których dzisiaj nikt nie czyta. Prawdopodobnie wówczas też nikt ich nie czytał ale Kuk dzięki nim stał się autorem pamiętników z niebezpiecznej wyprawy. A to już coś.

Druga wyprawa miała być wyposażona w najnowsze osiągnięci technologiczne. Jednym z nich był chronometr. Chronometr miał umożliwiać jasne określanie położenia statku. Żeby to zrobić koniczne było określenie położenie Słońca o konkretnej godzinie. Jak się ma położenie Słońca do położenia własnego wie dzisiaj byle żul. Wówczas żulii było mniej, więc ogłoszono konkurs na najbardziej precyzyjny zegar. Wystartował w nim między innymi cieśla Jan Harrison. W wolnym czasie zajmował się naprawą zegarów. W konkursie wziął udział pomocy Edmunda Halleya – tego od komety oraz jakiegoś zegarmistrza, który Janowi pożyczył pieniądze.

Poza problemami finansowymi Harrison posiadał również swoje własne, osobiste. Na skutek nadużywania szkockiego alkoholu trzęsły mu się łapki, co jeszcze nie dyskwalifikowało go jako cieśli ale jako zegarmistrza – już tak. Kiedy przestał pić zorientował się, że od jakiegoś czasu nie żyją jego rodzice. Wpadł w rozpacz, bo nawet nie podziękował nigdy swojemu ojcu za naukę zawodu cieśli. Było za co, bo to w końcu zawód biblijny. Ojca udusiło koło wozu pocztowego. Przejeżdżający obok niego pojazd najechał lewym przednim kołem na kamień. Podskoczyło nieco wyżej niż powinna na to pozwolić oś. I kiedy tak poskoczyło postanowiło już na swoje miejsc nie wracać. Jego lot zakończył się na szyi starego Harrisona, który właśnie poprawiał sobie wiązanie buta. Jeżeli stosowano wówczas klamry należy wyjaśnić, że to też jakaś forma wiązania. Nawet klej jest formą wiązania. Koło, które już wcześniej utraciło kilka szprych wbiło się staremu Harrisonowi na szyję zaciskając jednocześnie na jego krtani kolejna pękniętą szprychę. Harrison usiadł z kołem na szyi i patrzył jak biegający wokół niego ludzie przyglądają mu się z zainteresowaniem, śmiejąc się z jego położenia. Bo rzeczywiście mężczyzna siedzący w błocie z kołem wozu pocztowego na szyi musi budzić radość.

Młody Harrison, kiedy usłyszał tę historię znienawidził ojca. No bo czy to nie wstyd ginąć w takich okolicznościach? Dzięki temu przestały mu trząść się ręce. Ale zamiast tego zaczął się wszędzie spóźniać. I nie były to kilkuminutowe omsknięcia w czasie. Harrisonowi zdarzało się na umówione spotkanie nie przyjść w ogóle albo przyjść w czasie, kiedy osobie, z którą się umówił, wyrastała już broda. Kiedyś Harrison, który zabrał na spotkanie jakieś sprzęty ciesielskie, chciał je wykorzystać do zgolenia brody. Śmiano się więc z Harrisona coraz bardziej. Bo śmiech karmiono już teraz strachem. Harrison pozbawił się w ten sposób nie tylko dobrej opinii ale również klientów. A czy zegarmistrz amator, który nie naprawia zegarów jest jeszcze zegarmistrzem?

I wtedy właśnie Harrison postanowił do konkursu wystawić swój najmniejszy zegar. Nie zrobił tego wcześniej, bo wstydził się, użytego przez siebie bimetalu, budzącego swoją nazwą nieprzyzwoite skojarzenia. Harrison postanowił więc najpierw opatentować wykorzystanie bimetalu a kiedy ludzie przestali się z tego śmiać wystawił swój chronometr. Chronometr świetnie nadawał się na zegarek kieszonkowy, bo ważył tylko 1,5 kilograma. Harrison zanim go dostarczył do komisji sięgnął znowu po szkocką. Dzięki temu się nie spóźnił, ale przyszedł uwalany błotem a jego piękny zegarek zyskał jakieś wgniecenia i pęknięcia. Komisja nie chciała przyjąć chronometru ale przekonało ją wspomnienie o balwierskich wyczynach Harrisona. Dzięki temu zegar udał się tam, gdzie jego twórcy nigdy nie udało się postawić nogi. Ale nie żałował tego, bo Jamajka kojarzyła się wówczas bardziej z handlem niewolnikami niż paleniem zioła i ogólna wesołością.

Zegar Harrisona był malutki i na skutek uszkodzeń zachowywał się dziwnie. Co kwadrans gubił minutę. Ludzie gubią różne rzeczy ale czy ktoś może wyobrazić księdza, który gubi krzyż albo kierowcę, który gubi swój samochód? Właściwie to nie są aż tak rzadkie przypadki. Tymczasem wskazówka zegara Harrisa albo opadała szybciej i na dole czekała na właściwy czas, żeby wędrować dalej, albo zbierała siły przed wspięciem się do góry. I robiła tak właśnie co kwadrans, gubiąc za każdym razem minutę. Inne zegary, biorące udział w konkursie śmiały się więc z małego chronometru. Podróż na Jamajkę wydała mu się więc najdłuższą i najmniej przyjemną w życiu. Zresztą „najdłuższa” chyba mieści się z „najmniej przyjemna”. Albo odwrotnie.

Kiedy zegary wróciły z Jamajki, komisja musiała określić ich precyzję. Mały zegar Harrisona właśnie pobiegł do przodu. I właśnie dzięki temu został zwycięzcą. Błąd, który popełnił oficjalnie wynosił 1 minutę i 15 sekund. Gdyby nie pobiegł do przodu mogły to być przeszło 2 minuty. A to była wartość dyskwalifikująca chronometr.

Kuk zabrał więc na swoją drugą wyprawę zegar Harrisona. I zmienił się bardzo. Być może na skutek umiejętności mierzenia własnego czasu, który nagle zaczął mu uciekać. A być może dlatego, że trudno znieść półtorakilogramowy zegar dyndający przy przy pasie. Tak czy inaczej Cooka przestali lubić marynarze. Zamiast kiszonej kapusty kazał jeść mięso morsów. Nie pomagało w walce ze szkorbutem, więc kazał je kisić. Marynarze jakoś znieśli te zachowania podczas drugiej wyprawy ale w trzeciej zostawili Kuk na pastwę Hawajczyków. A sam Kuk dzięki chronometrowi zdążył na swój ostatni posiłek, w którym był głównym daniem.