Nietykalni

 

Przyjechała. Było bardzo ciężko, było źle, ale przyjechała. Bez wiary, resztką sił i nadziei. Ucieszyłem się jak cholera, ale jak zwykle nie umiałem tej radości pokazać. Zarezerwowała bilety w rzędzie W i poszliśmy do kina. Jeszcze razem… Sala była wielka, największa, jaką widziałem. Przyzwyczaiłem się do bardziej kameralnych warunków. Nawet w multpipleksach. Ruszyliśmy po schodach do góry szukając tego rzędu W. A, B, C… F… K… O… S, T, U… Przedostatni. Zdążyliśmy się wbić i usiąść, kiedy pojawiła się jakaś para, która stwierdziła, że zajęliśmy jej miejsca. Wdałem się w dyskusję i machając w ciemności biletami, powiedziałem, że W coś tam to nasze. W odpowiedzi usłyszałem, że tu jest rząd V. V… Q nie było, ale V jest. Przesiedliśmy się więc do ostatniego rzędu. Ekran daleko, wokół szum paru setek widzów.

A jednak, kiedy film zaczął się na dobre, przestało nam to przeszkadzać. Spora w tym zasługa samego filmu. Niby nic odkrywczego – ciężko chora osoba spotka na swojej drodze człowieka zupełnie innego od siebie i to spotkanie zmienia życie obu. Skądś to znamy, prawda? Do tego „na faktach”… Fuj. Ale Nietykalni brawurowo wymykają się znanym schematom. Brawurowy jest przede wszystkim Omar Sy, ale François Cluzet również wypada wiarygodnie. Dzięki nim scenariusz nabiera życia. Scenariusz sam w sobie też przecież niebanalny. Nie ma prostych gagów i prymitywnego dowcipu na poziomie Kac Vegas. Jest dowcip umiejętnie i z wyczuciem podany. Nie ma tanich łez i nie ma kiczu. Jest naprawdę świetny film.

A poza filmem… Jej dłoń, Jej głowa… Może bardziej dlatego przestaliśmy zwracać uwagę na wielkość sali? Te same reakcje, wspólny śmiech, te same wrażenia, nawet ocena ta sama…

A Francuzi znowu śpiewają o tym, że trzeba się napić wódki…
http://www.tekstowo.pl/piosenka,indochine,j_ai_demand____la_lune.html