Pomiędzy 8. Przebudzenie

 

Kiedy się obudziłem, leżała w pozycji embrionalnej obok mnie, oddychając miarowo w ledwo dostrzegalny sposób. Ale mój oddech zgubił swój rytm. Dyszałem i czułem się dziwnie. Kac jeszcze nie nadszedł a zmęczenie połknął sen. Otworzyłem oczy i patrząc w sufit starałem się odtworzyć minioną noc. Zobaczyłem siebie, jak śpiewam po cygańsku. Śpiewam, nie rozumiejąc słów. Nie znam ich, bo przecież nie znam cygańskiego. Udaję więc, że to cygański, zawodząc co jakiś czas „siaba daba da”. Tak naprawdę w ogóle udaję, że śpiewam. Jestem pijany. Wydaję dźwięki, żeby zabić ciszę. Trudno to zrobić. Prawdziwa cisza zawsze jest głośniejsza. A może nie o ciszę chodzi. Wyrzucam z siebie dźwięki, bo Pani Ewolucja chce, żebym zwrócił na siebie uwagę Kobiety. Mój śpiew ją bawi, więc śpiewam głośniej… A później… A później nie wiem… Nie wiem więc kiedy się znalazłem ani nawet, co znaczy „tutaj”. Nie wiem, czy to ważne. Bo jest dobrze. Spoglądam na nią i dziwię się. Tyle czasu i znów należymy do siebie. Ale czy tego chcę?

Ponownie przenosząc spojrzenie na sufit, zdałem sobie sprawę z dziwnego smaku, który mi towarzyszył. Nie, to nie był smak wędzonej w dymie papierosów zelówki z języka. To był smak powietrza, którym oddychałem. Wyczuwałem w nim piwniczną czerwoną cegłę i porastające ją grzyby. Wyczuwałem też liczący setki lat bezruch. To nie było to mdłe choć jednocześnie kwaśne powietrze z mojego miasta ani rześkie chociaż czasem cuchnące gnojem powietrze mojej wioski. To było powietrze, które od wieków tkwiło w tym samym miejscu dojrzewając jak leżakujący koniak. Okrywając to wszystko czułem się, jakbym odkrywał sam siebie, jakby to powietrze było częścią mnie, jakbym znał je od zawsze a ono znało mnie.

Przełamałem bezwład i uległem ciekawości. Podniosłem się i podszedłem do ciemnozielonej zasłony opadającej do podłogi. Liczyłem na to, że za nią znajdę okno. Okna nie było. Były wielkie przeszklone drzwi wychodzące na balkon. Za nimi rozpościerał się widok, którego nie znałem… Chyba nie znałem…