Pomiędzy 20. Rzyć

 

Prawdziwy spokój może istnieć solo albo – teoretycznie – w relacji z kobietą. Jeżeli jest pielęgniarką. Ale mój pokój nie był oczywiście burżuazyjną jedynką. Obok mnie pojękiwał jakiś młody chłopak z nogą na wyciągu. Kiedy już oprzytomniałem, odwiedziła go dziewczyna. Jego. Całkiem ładna z twarzy. Nie wiem, czy z czegoś jeszcze, bo okutała się cała w jakieś patchworki.

- Cześć, kochanie. – Przywitał ją z szerokim uśmiechem.
- Spóźniłeś się. – Odwarknęła i zrozumiałem, że to nie będzie rozmowa, jakej bym się spodziwał w tym miejscu.
- W ogóle nie przyszedłem.
- I co? Jesteś z siebie dumny?
- Przepraszam, ale miałem wypadek.
- Wypadek…
- Tak, złamałem nogę.
- Wystawiłeś mnie!
- Kochanie…
- Co kochanie? Czekałam jak idiotka. Mogłeś chociaż zadzwonić i powiedzieć, że masz mnie w dupie.
- Ale kochanie…
- Nie mów do mnie kochanie! I z wyjazdu też nici, prawda?
- Ze złamaną nogą nie da rady.
- Wiesz, ile czekałam na ten wyjazd? Znowu mnie wystawisz!? – Zerwała się ze szpitalnego, kiedyś-białego stołka. – Jasne, zostaw mnie z tym wszystkim samą i powiedz, że nie możesz. Tak najlepiej, prawda? – I wtedy dostrzegłem ten błysk. Właśnie w tym momencie, w którym padło słowo “prawda”, wiedziałem, że on zacznie kłamać. Żeby nie wyszła, żeby przeżyć, żeby wygrać chwilę spokoju, w którym zrosną się kości, żeby rzyć. Zaczął mówić o wizycie ordynatora, który powiedział, że jego kość zrasta się błyskawicznie, że tydzień, może dziesięć dni i będzie biegał. Patrzyła na niego najpierw nieufnie a później z ulgą. Nie wiem, dlaczego wierzyła. Nie rozumiem.

- Wiesz, ona ma rację. – Powiedział chłopak, kiedy dziewczyna wyszła a ja pomyślałem, że rozmawia przez telefon. – No bo zobacz… – Spojrzałem na niego. Gapił się w sufit i mówił gdzieś przed siebie. Czyli do sufitu. Czyli pewnie do mnie. – Słyszałeś o breakboneningu? – Zapytał. W odpowiedzi pokręciłem głową, chociaż on ciągle gapił się w sufit. Nie chciałem się odzywać, bo ciągle nie nie miałem pewności, że mówi do mnie. – Pewnie nie słyszałeś. Dopiero zaczynamy. To sport. Sport ekstremalny. Wiesz na czym polega? No tak, nie wiesz. Najpierw się wspinamy na budynek. To znaczy wspina się pierwsza osoba. Na metr, dwa trzy. Zależy. Wspina się i skacze. Po nim wspina się kolejna. Musi chociaż trochę wyżej. Wspina się i też skacze. I kolejna. I coraz wyżej. Ten kto skoczy z większej wysokości i będzie mógł iść o własnych siłach, wygrywa. Czyli może być tak, że ktoś raz skoczy na początku i wygrał. Albo przesadzi. Ja przesadziłem.