Praca

 

Wiosna zieleni się za oknem to i w sercu się wieśni. Czas zetrzeć kurze i powiesić pranie. Czas coś zmienić. Już po raz drugi w tym roku i nie wiem po raz który w życiu zmieniłem pracę. Ostatnio ktoś stwierdził, że jestem najemnikiem. Kiedyś bym się z tego ucieszył. Wiecie – najemnik, koleś, który jest naprawdę dobry w tym, co robi, bierze niezłą kasę i najlepsze laski. Za nic nie płaci a potem wskakuje na swojego konia i odjeżdża bez sentymentów. Nie ma na sobą ani pana, ani boga. Jest wolny. Kiedyś bym się ucieszył, ale teraz… Teraz moje stare kości domagają się suchego i ciepłego kąta.

Wypełniłem więc tony formularzy i tabelek, w których i tak zabrakło miejsca dla moich pracodawców i korzystając z protekcji – korzyść z częstej zmiany pracy jest taka, że znają Cię w branży (a strata taka, że znają Cię w branży) – zjawiłem się w kolejnej firmie.

Standard – krzesło, biurko, laptop. Niezły. To pierwszy plus. Własny kubek i herbata to z kolei dowód mojego zaangażowania i związania się z firmą. Sam mogę wybrać miejsce, co okazuje się trochę niezręczne. Wybieram pokój bez Matki Boskiej nad drzwiami i z kolegą z którejś tam wcześniejszej pracy. Kobietę z pokoju z Matką Boską też znam. Andzia. Kiedyś nie mogła otworzyć drzwi, więc zasugerowałem, żeby stłukła szybkę. Stłukła, włączając alarm. Do tej pory nie wierzę.

Poza Matką Boską wisi też papież. Ten prawdziwy – nasz. Ciekawe, od kogo Abelard usłyszałby “jeb na stos”, gdyby swój dowcip opowiedział o Wojtyle. No nic, będzie dobrze.

Powiązane: